Miting – jak wygląda to tajemnicze spotkanie?

Kilkukrotnie słyszałam już, że nowe osoby chciałyby przyjść – ale boją się.
No tak. W zasadzie, to wcale się im nie dziwię. Gdy muszę pójść do nowego urzędu – też się boję. Boję się, bo nie wiem co mnie spotka, nie wiem czy sobie poradzę, nie wiem czy mnie ktoś tam nie okrzyczy, czy się nie zgubię…itd.

Bać się można wielu sytuacji, dlatego też pomyślałam, że łatwiej będzie przyjść nowym osobom na miting, gdy będą wiedziały, jak on w ogóle wygląda…

Miting – choć może trochę straszyć nazwą – wcale taki straszny nie jest.
Każdy miting jest niezależny. Każda grupa mitingowa przeważnie ma swoją jaką nazwę np. „Przebudzenie”, „Nowy Świat”. Dlatego też mitingi mogą się trochę różnić między sobą.

Na ogół jednak mitingi wyglądają podobnie.
Zbiera się kilka – kilkanaście osób. Wchodzą na salę, gdzie stoją krzesełka – ustawione po okręgu, w rzędach, ustawione luzem – różnie bywa.

Mitingi odbywają się przeważnie w salach przy kościele. Nie oznacza to, że mają związek z kościołem – albo nie daj Boże! – będą Was zmuszać do jakiejś religii. Po prostu – patrząc realnie – ceny tych sal są najniższe.

Na mitingu zdarzają się osoby witające, stojące przed wejściem, które pomagają trafić, w przypadku, gdy ktoś nie może znaleźć wejścia.

Na miting można wejść, wziąć herbatę, usiąść i nic nie robić. Można zawsze wyjść. Nie ma tam listy obecności. Nie ma zapisywania się. Nie podajemy swojego nazwiska, jedynie imię lub pseudonim. Możemy się nawet z nikim nie witać. Tam nie ma takich obowiązków.

Miting zaczyna się przeczytaniem kilku stałych tekstów – jak: 12 Kroków, 12 Tradycji, przywitania. I dalej są już luźne wypowiedzi osób, które się zgłaszają.

To oznacza, że na mitingu nie trzeba się zgłaszać do wypowiedzi, nie trzeba nic o sobie mówić.

Jak już pisałam wyżej – mitingi mogą się różnić. Na niektórych pada czasami pytanie – „Czy jest ktoś po raz pierwszy na mitingu?”. Na takich mitingach następuje wtedy przyjęcie do grupy. Nie wszędzie tak jest. Ja osobiście chodzę na mitingi, gdzie tego nie ma.

A teraz o korzyściach! :-)
Na mitingu jest po prostu super! Jest wesoło, spokojnie, radośnie. Czuć miłość i wsparcie. Przyjaźń. Można poznać wielu przyjaciół :)

Poprawia się samopoczucie, na twarzy pojawia mi się uśmiech.

Zdecydowanie zachęcam, aby pójść i chociaż zobaczyć, jak to może wyglądać. :-))

Masz wątpliwości, gdzie pójść? Napisz!
Chcesz się wybrać wspólnie na miting w Warszawie lub okolicy? Napisz! :-)

Czekam na Twoją wiadomość. :-))

Ciąg dalszy trwa.. :-)

Tak jest. Bo właściwie bardzo dużo się zmieniło od samego przejścia programu 12 kroków. 30 września miałam urodziny programowe – rok temu skończyłam dwunasty krok :-)

Czy warto było? Mega tak. Jedyne co ja mogę – to zachęcić do spróbowania. To ile się zmieniło u mnie, we mnie, w moim życiu – pojęcia nie macie! :-)

A na mitingi zapraszam zdecydowanie – chętnie opowiem nawet osobiście.
Postaram się już wrócić do pisania – tak więc do przeczytania się.

Spotkać się możemy na mitingu DDA:

ul. Kredytowa 4, Warszawa, środa, godz. 19:30 – wszystkie otwarte :-))

Jest sposób

Hej, faktycznie trochę ostatnio zabrakło mi czasu na prowadzenie bloga. Zajęłam się praktycznym podejściem do tego problemu do mnie – czyli programem 12 kroków. U mnie on działa.
Szaleńczo łatwo to nie jest ale ogólnie program jest prosty.
Dość prężnie to działa w Warszawie i okolicach ale nie tylko.
Mnie samą można spotkać na mitingach DDA w Legionowie obok Warszawy.
Ktoś zainteresowany ?:-)
c.d.n.

„Jestem głupia, nieprzydatna, nikomu niepotrzebna i bezwartościowa” – czyli o wstydzie słów kilka.

Czyli tak po krótce – wstyd, jak każde inne uczucie, jest po prostu ok. Dość dziwnie byłoby, gdybym w pracy opowiadała świńskie żarty, nie czując wstydu. To uczucie pokazuje mi pewne granice, pewne zasady, jak powinnam się zachowywać w pewnych miejscach. Ja osobiście nie mam zbyt dużego zaufania do osób bezwstydnych.

Jednak co się dzieje w momencie, gdy czuję wstyd za to, że pochodzę  z domu alkoholowego lub – w ogóle pojawiłam się na tym świecie?

Krytyk wewnętrzny – znajome hasełko, tyle ze nie zawsze wiadomo o co chodzi i po co?

Pojawia się, aby nas trochę bronić przed wstydem.(„Powinnaś była wiedzieć, jak odpowiedzieć na to pytanie!”)

 

Ile razy wytykam sobie swoją niedoskonałość?

Niestety wiele razy. Najczęściej pojawia się to w sytuacjach porównywania się z innymi (ona jest ładniejsza, on jest rezolutniejszy, ona ma lepszą pracę). Poprawiam się, że przecież mogłam iść na lepsze studia, do lepszej pracy, spotykać się z kimś innym, mniej jeść itd..

Ile razy surowo się oceniam?

Najczęściej coraz mniej. W momentach, gdy przychodzi do mnie myśl „jesteś głupia”, staram się dopowiadać sobie, ze jestem jaka mam być – trochę na siłę. Dziś naprawdę w to wierzę, że wszystko jest tak, jak być powinno:-) Jednak kilka lat wstecz pamiętam, jak wmawiałam sobie jestem najgłupsza, najgrubsza, najdziwniejsza, najgorsza itd..

Ile razy porównuję się z niemożliwymi standardami do osiągnięcia?

Hah – teraz to aż dla mnie śmieszne. Najczęściej swoje osiągnięcia porównywałam z osobami z wyższego szczebla, jakimiś profesorami, sportowcami z większych miast z większymi możliwościami. To jasne, że na tą daną chwilę nie było mi dane osiągnąć tego samego, jednak dla mnie to był sygnał, że nawet nie ma co iść w tą stronę, bo nie będę jutro takim profesorem, wiec po co to w ogóle zaczynać. :-) Śmiechu warte.

 

Wstyd i jego trzy formy:

1. Posiadanie rodzica alkoholika

2. Związany z zachowaniem alkoholika

3. Związany z osądzaniem Cie i krytykowaniem przez rodzica

Ad.1 Skojarzenia ze słowem „alkoholik”:

-bydlak

-bezduszny

-egoista

-cham

-samolub

-pieprzony kłamca

-obrzydliwy typ

-dyktator

-dureń

Ad.2 Sytuacje w rodzinie związane z alkoholikiem, przez które czuję wstyd:

-przemoc

-pokazywanie się pijanego ojca przed moimi znajomymi

-rozbijanie naczyń

-wyzwiska

-pokazywał się pijany w szkole, przedszkolu

-przekraczanie granic

-wybryki z podtekstem seksualnym

-kłamstwa

- tracenie pieniędzy na „ratowanie” alkoholika

-prośba o pomoc sąsiadów, gdy alkoholik „zapomniał” wrócić do domu

Zakochanie

O tak. To jest dopiero stan. Motylki, różowe okulary, maślane spojrzenie. Jeszcze jak się trafia do tegio wiosna, to już w ogóle cudownie. Jednak gdy do tego zakochania dołączę DDA – sama czuję niepewność i niezdecydowanie.

Ja, jako DDA, zakochanie przechodziłam 2 razy – gdzie raz udało się to w coś przekształcić. Udało się, bo nie widzę do tej pory w tamtym związku swoich konkretnych poczynań. Trochę manipulacji, trochę użalania się, trochę kłótni i było jak chciałam. Dzisiaj widzę to wszystko i mówiąc delikatnie, nie do końca było to ładne. Tak czy tak – zastanawiam się jak to miałoby wyglądać dziś?Jak takie „kręcenie” wygląda u zdrowych ludzi? Jak normalne osoby radzą sobie z podrywaniem, byciem podrywanym, zainteresowaniem kogoś sobą? Nie czaję tego. Nie umiem. I w ogóle nie wiem o co chodzi. Może dlatego też trochę tego unikam.  Co by nie mówić – gdy nadchodzi mnie taki stan – od razu czuję się zmęczona i znużona..I jak ten biedny człowiek ma się dowiedzieć czego ja chcę ?:-)

Złość. Dzika bestia z Puszki Pandory.

Schemat złości:

 

Reakcje najbliższych

Skala złości

Lista alternatywnych sposobów wyrażania tych emocji

  1. Moja matka krytykowała.
  2. Mój ojciec zmieniał wyraz twarzy.

Niezadowolony

  1. Powiedz, że nie podoba ci się to.
  2. Idź na spacer.
 

Zirytowany

 
 

Rozdrażniony

 
  1. Moja matka odpychała innych i chciała zostać sama.
  2. Mój ojciec chciał zostać sam.

Zdenerwowany

  1. Spotkaj się ze znajomym.
  2. Idź na spacer, na rower.
  3. Mój ojciec burczał pod nosem.

Rozgniewany

  1. Poświęć trochę czasu aby się zastanowić.
  2. Moja matka nie odzywała się do nikogo lub wychodziła zająć się czymś.
  3. Mój ojciec wychodził i nie rozmawiał z nikim.

Zły

  1. Powiedz o tym.
  2. Porozmawiaj z przyjacielem lub zadzwoń do kogoś z mitingu.
 

Wzburzony

 
  1. Moja matka wyśmiewała i poniżała.
  2. Mój ojciec bił, krzyczał, zmuszał.

Wytrącony z równowagi

  1. Idź pobiegać.
  2. Idź posłuchać muzyki.
  3. Moja matka biła, krzyczała, płakała.
  4. Mój ojciec krzyczał, rzucał czymś.

wściekły

  1. Napisz do sponsora.
  2. Rozpisz to i poświęć chwilę, aby się zastanowić.
  3. Moja matka płakała i biła.
  4. Mój ojciec wyzywał i krytykował, krzyczał.

rozjuszony

  1. Poczytaj literaturę.
  2. Poświęć chwilę na medytacje, modlitwę.
  3. Moja matka rzucała czymś i wychodziła trzaskając drzwiami.
  4. Mój ojciec wychodził, trzaskał drzwiami, upijał się.

w furii

  1. Weź kąpiel.
  2. Zdrzemnij się.
  3. Wyjdź na zewnątrz, na spacer.
  4. Moja matka płakała, wybiegała bez słowa i obrażała się.

żądny krwi

  1. Nie wiem, co zrobić w takiej sytuacji.

 

Rysując poniższą scenę złości czułam przerażenie i chęć ucieczki, a jednocześnie oderwanie się od tego. Moją mamę wyobrażałam sobie jako potwora, a tak naprawdę to ona pokazywała, że można i trzeba wyrażać złość. Ojciec był ogromnie uciekający, chował się, wychodził, albo też sprawiał wrażenie, że nie chce tam być.

Złość  w domu   Scena złosci w domu

Mój portret złościObraz złości we mnie

Na kogo jestem zła?
Niezadowolenie czuję, gdy szefowa zleca mi inne zadanie, dodatkowe lub zmienia moje plany. Poza tym, gdy koleżanka chce kupić ten sam produkt, który mam ja lub który chcę mieć ja.

Złość czuję, gdy kelner w pracy dodaje mi pracy, gdy są zrzucane obowiązki na mnie przez kucharza, gdy koleżanka obraża się na mnie za głupoty.

Jestem żądna krwi, gdy ktoś mnie obraża przy innych, gdy ojciec przychodzi pijany, gdy chłopak mnie zostawił.

Podczas opisywania własnej skali złości czułam strach, zdenerwowanie, niechęć, niepewność. Wiele razy chciałam przestać, odłożyć na później, szczególnie w momentach rysowania skali złości lub opisywania sposobów wyrażania jej.

Jedynym uczuciem o średnim natężeniu jest „bycie złym”. Poza tym mam na liście wiele określeń opisujących łagodną złość lub też bardzo intensywną.

Przypominając sobie sposoby wyrażania złości przez rodziców wracały do mnie obrazy trzaskania drzwiami, bicia mnie i rodzeństwa, wyzwiska, kłótnie, odczucia oderwania od rzeczywistości i poczucie, że inni mają w domach lepiej. Rodzice obrażali się wzajemnie, nie zajmowali się nami ani nie poświęcali nam uwagi.

W ciągu swojego życia chyba kilka razy tylko byłam zła, jednocześnie pozwalając na to uczucie. Było to głównie w okresie dzieciństwa. Wtedy też wyrażałam to w sposób dość jawny i jasny. Jednak, gdy spotkałam się z biciem i krzykiem lub nawet obrażaniem mnie za to, powoli przestałam to robić. Ze strachu. Wolałam zacząć udawać, że jednak nie jestem zła lub, że zatrzymam złość w sobie, wewnątrz. Często mówiłam sobie, że „niech on sobie ma święty spokój, ale ja i tak jestem zła na niego”. Tyle, że efekty złości biły we mnie, w środek.

Trudno mi odczuwać złość do matki. Boję się, że zacznie użalać się nad sobą i coś jej się stanie.

Do ojca już nieco łatwiej. Jednak i tak boję się, że zapije lub mnie uderzy.

Do rodzeństwa – boję się, że mnie opuści lub uderzy.

Jednym słowem – strach.

Przyglądając się portretom mojej złości, zastanawiam się, gdzie trafia ta siła? A to przecież tylko rysunki, szkice dosłownie. A co byłoby gdybym zaczęła łączyć się ze swoją złością? A ze swoją wściekłością? Boję się tego. Często mówiłam o tym na terapii, że ja się boję wracać do tego, bo widzę siebie jako tykającą bombę…która już kiedyś mnie przecież rozniosła. Miałam nerwicę.

„Nie przestaniesz być współuzależnionym, jeśli próbujesz wywrzeć na kimś wrażenie.”

Odkrywając motywy moich współuzależnieniowych zachowań nie byłam zachwycona. Nie jest to coś, czym chętnie bym się pochwaliła. Czuję strach, niepewność, obawę, zaciekawienie, zainteresowanie, smutek, żal. Nie jestem pewna, czy uda mi się to rozwiązać, jednak z drugiej strony to chyba dobrze, że dowiaduję się o tym teraz już. Myślę, że gorzej by mi się żyło, idąc w zaparte, że „bardzo lubię pomagać innym” lub „taka już ze mnie perfekcjonistka”. Teraz po prostu wiem, że zabiegam o pochwałę, jestem współuzależniona od zachowań i humoru innych oraz rezygnuję z siebie, na rzecz przyjaźni i akceptacji ze strony ludzi.

W mojej głowie naturalnie, że pojawiły się argumenty, które broniły, racjonalizowały lub minimalizowały te zachowania:

  • Ja taka już jestem
  • Wyrosłam w takim domu i tego nie da się już zmienić
  • Czy ja muszę być idealna? Mam swoje dziwne zachowania
  • Lubię dokładnie wykonaną pracę
  • Skoro pracuję dla kogoś, to ten ktoś musi być zadowolony
  • Rodzinie trzeba się poświęcać
  • Koleżeństwo wymaga poświęceń
  • Nie mogę być egoistką
  • Inni mają gorzej

Zauważając rozbieżności między intencjami a rezultatami moich zachowań czułam smutek, złość, żal, bezsilność, współczucie do siebie, rozczarowanie. Zastanawiałam się, jak to możliwe, ze wcześniej sama tego nie zauważyłam? Pomyślałam też, że było to strasznie głupie a jednocześnie współczułam sobie, że wkładałam tyle wysiłku w zachowania, które i tak przynosiły odwrotny skutek, a ja nie widziałam tego, a przez to nie umiałam tego zmienić…

Aby zauważyć uczciwie prawdziwe rezultaty musiałam się jednak nieco przemóc. Myśli racjonalizujące powracały z nowszymi argumentami. Odrzucało mnie od tego oraz pojawiały się myśli : „To nie może być przecież prawda”. Co chwilę chciałam odrzucić to ćwiczenie albo zrezygnować z niego. Co chwilę myślałam, że ja przecież nie mam pojęcia o co tu chodzi ani o czym mam napisać. Tak, było mi trudno zauważyć prawdę, która pewnie była widoczna dla innych.

Pewnie, że krytykowałam siebie za współuzależnienie. Nawet w tej chwili czuję się zaskoczona, że mogłabym siebie nie krytykować za to. Czuję się winna. Ja czuję się winna, że nauczyłam się zachowań współuzależnieniowych. Zupełnie nie staram się siebie zrozumieć – przeciwnie – oceniam siebie i przygniatam za używanie tych zachowań. Cały czas sądzę, że ja jestem po prostu jakaś chora, ze względu na stosowanie tych zachowań uzależnieniowych. A przecież – taka jest prawda – że nauczyłam się je stosować, aby jakoś przeżyć w moim alkoholowym domu, żeby jakoś przeżyć przy alkoholiku 20 lat, żeby móc prowadzić normalne życie towarzyskie, mając w domu alkoholowe szaleństwo, żeby dojrzewać w znośnych warunkach, unikając relacji z alkoholikiem.

Pierwsi ludzie byli nadzy – a my jesteśmy?

 

Na religii, gdy katechetka opowiadała nam o tym – mnie samą ogarniał wstyd – „Jak tak można? Nic, zupełnie nic na sobie – i w obecności też nagiego faceta?!”

Pozostawię już ten fakt, że moje skojarzenia poszły tylko w tę jedną, cielesną stronę i dlaczego ;-)

Najważniejsze jednak wydało mi się dopełnienie zdania „Choć mężczyzna i jego żona byli nadzy – nie wstydzili się”.

I to jest super pytanie. Dlaczego mąż ma się wstydzić żony?! Dlaczego ja się wstydzę w ogóle?

Po pierwsze – nie podobam się sobie, więc może i komuś. Adam się jednak nie wstydził – więc prawdopodobnie wiedział jak wartościowy jest i czuł się dobrze z takim sobą, jaki naprawdę jest.

Po drugie – wstydzę się, gdy kłamię i buduje różne historie na ten temat. Wyciągam więc wniosek, że i Adam na początku nie kłamał, bo nie czuł takiej potrzeby.

Co więcej – nagość kojarzy mi się obecnie z uczciwością. Znam swoją wartość, więc nie muszę kłamać, nie muszę udawać lepszej, niż jestem, nie muszę „wkładać na siebie płaszczy”. Mogę pozostać  „naga”.

Ta cała refleksja przyszła mi do głowy wczoraj. Dziś zastanawiałam się nad sytuacjami, w których się wstydzę. Większość wstydów wynikała z tego, że nie przyznałam się do swojej winy, swojego strachu, swojego błędu, swojej słabości, swoich wad, swoich trudności, swoich głupot. Chciałam udać, że to jednak nie ja, że to taki „błąd przy pracy” – tak naprawdę to jestem inna, lepsza, fajniejsza, bezbłędna..itd.

Co się jednak stało, że zaczęłam udawać? Co się takiego stało, że poczułam w ogóle chęć czy potrzebę?

Adam i Ewa, pierwsi ludzie zapragnęli po prostu mieć więcej. Mieć to zakazane drzewo. Mieć wszystko. Wszystko bez tego jednego drzewa było za mało. Chcieli mieć serio wszystko.

Czy aby z moim uzależnieniem właśnie nie było tak samo? Jestem kompulsywnym żarłokiem. Jedna porcja to było wiecznie za mało. Każda kolejna moja praca była zbyt słaba. Każde studia, kurs – zbyt mało wymagające. Ciągle więcej, więcej, lepiej, ciężej, dalej. I nie ma w tym nic złego – chyba, że MOTYWACJE do osiągnięcia tego celu są…delikatnie mówiąc nierealne.

Współuzależnienie? To niemożliwe!

Oznaki współuzależnienia:

Jestem dumna ze swojej samokontroli – często

Poczucie własnej wartości opieram na tym, czy inni chcą się ze mną kontaktować – często

Czuję się odpowiedzialna za zaspokajanie potrzeb innych, nawet kosztem swoich – często

Mam tendencję do zaprzeczania swoim uczuciom, pragnieniom – czasami

Boję się, że inni mnie opuszczą – zazwyczaj

Zmieniam siebie, aby zadowolić innych – rzadko

Mam niskie poczucie wartości – czasami

Czuję, że kieruje mną przymus – często

Piję/zażywam narkotyki częściej, niż powinnam – często

Boję się, że coś może mi się wymknąć spod kontroli – czasami

Ludzie częściej dostrzegają moje fałszywe oblicze – czasami

Mam problemy zdrowotne związane ze stresem – czasami

L.P. Przejawy Intencje Rezultaty

Zmiana dla innych

Jest mi bardzo trudno zdecydować, czym chciałabym się zajmować w przyszłości. Wszystko wydaje mi się zbyt słabe, nieodpowiednie, nie zachwycające innych.

Chciałabym po prostu mieć idealny zawód, który będzie dobry dla mnie, korzystny dla innych ludzi, sprawiający mi przyjemność, dający mi dość dobre pieniądze oraz zadowolenie i docenienie ze strony innych ludzi.

Podejmowałam studia 3 razy, w tym 2 razy rezygnując z kierunku. Teraz udało mi się coś skończyć, jednak dalej nie mam pomysłu co robić dalej. Tak jakbym czekała na czyjąś pochwałę lub naganę, za to co robię. Poprzednie kierunki rzuciłam, bo „ktoś” powiedział, że będą lepsze albo obecny jest zły.

Trudno jest mi odmówić pożyczenia jakiegoś urządzenia, produktu dla mojego współpracownika, gdy nie mam po prostu na to ochoty lub nie mam takiej możliwości.

Nie chcę wdawać się w konflikty albo nieprzyjemne sytuacje. Nie chcę psuć sobie atmosfery w pracy ani wychodzić na egoistkę.

Zaczęłam kombinować z uciekaniem, kładzeniem się wcześniej spać, unikaniem go lub nawet kłamaniem, zamiast powiedzieć prawdę. Po tym wszystkim czułam tylko poczucie winy i obrzydzenie do siebie.

Nie potrafię dbać o swoje sprawy w pracy –nawet gdy szefowa prosi zostać kilka godzin dłużej – robię to.

Nie chcę psuć swojej opinii ani atmosfery w pracy. Ja przecież też czasami ją o coś proszę i pomaga mi. Chcę być dobrym pracownikiem, a poza tym czasami nie mam już siły ani argumentów aby walczyć o swoje.

Jestem sfrustrowana i zła. Udaję, że wszystko mi pasuje a nawet gram przed moimi znajomymi, że taka sytuacja jest normalna. Przekonuję ich do tego, abym sama mogła w to uwierzyć. Tak się boję zareagować oraz liczyć się z efektami odmowy.

Odpowiedzialność za zaspokojenie czyichś potrzeb

Szef kuchni wie, że umiem już więcej, mam więcej doświadczenia i umiejętności, więc zamiast mojej koleżance, przerzuca część pracy na mnie, a ją oszczędza.

Nie chcę się kłócić ani wychodzić na niedobrą koleżankę. Lubię pomagać innym i czuć się potrzebna, ważna.

Dostaję coraz więcej zadań i normalne pochwały, jak moja koleżanka. Moja wypłata wcale się nie zmienia jednak na lepsze. Ja czuję się już czasami sfrustrowana i zniecierpliwiona, przez co trudno jest mi cieszyć się pracą i kontaktami z szefem kuchni. Co więcej – krytykuję ich oboje i rodzą się we mnie urazy.

Spędzałam czas z bratową, mimo że nie zawsze miałam na to czas lub ochotę, jednak czułam pewien obowiązek – bo to w końcu rodzina

Chcę jej pomóc bo wiem, że nie ma żadnych koleżanek ani znajomych. Podejrzewam, że jest jej teraz przykro, gdy zostaje sama w domu, więc w sumie mogę poświęcić jej trochę czasu.

Zaniedbuję przez to naukę, pracę, pisanie programu 12 kroków, pracę na rzecz grup wspólnotowych, spotkania ze znajomymi. Chcę być dla niej dobra, a rezygnuję ze swoich rozrywek i spraw, na których mi bardzo zależy. Ostatecznie czuję się zdenerwowana i niepewna siebie, a jednocześnie łapię do niej urazę i krytykuję ją.

Gdy moja koleżanka ze szkoły dzwoniła abym przyjechała na noc, bo ona ma gorszy humor – przyjeżdżałam, bo bałam się, że może się jej coś stać.

Ona nie ma tutaj nikogo, kto mógłby z nią tak spędzić czas jak ja, a ja przecież mogę się czasami poświęcić i dla niej. Poza tym, zależy mi na jej koleżeństwie i nie chcę, żeby mnie opuściła.

Chcę się dla niej poświęcać, aby dostać od niej w zamian koleżeństwo i pochwałę. Gdy tego nie dostaję, zaczynam ją krytykować, uciekać od niej, unikać albo kłamać. Ostatecznie zerwałam koleżeństwo sama, bo nie potrafiłam jej odmawiać.

Uzależnienie mojego humoru od humoru, zachowania innych Gdy moja szefowa uśmiechała się do mnie od rana i była w dobrym humorze – i ja byłam też w dobrym i czułam się pewnie.

Gdy ma gorszy humor, to na pewno łatwiej jej przychodzi rozdrażnienie jej, więc muszę uważać na to, aby nie popełniać wtedy zbyt wiele błędów, bo może wybuchnąć, więc lepiej abym podjudzała jej dobry humor.

Ciągle zwracałam uwagę na jej humor, zamiast skupić się na swojej pracy. Sprawdzając jej humor i nastrój w końcu trafiłam na gorszy i zostałam faktycznie okrzyczana, tak jak tego się obawiałam.

Kiedy usłyszałam, że ojciec dziecka, którym się opiekowałam, krzyczał na nie, sama wpadłam w strach, że może mi zrobić to samo, co swojemu dziecku.

Przecież kiedy krzyczy na swoje dzieci, to może mu się omsknąć ręka i uderzyć i mnie, bo jestem słabsza od niego.

Bałam się gdy do mnie dzwonił, nie odbierałam telefonów, krytykowałam go i jednocześnie nie miałam zupełnie ochoty chodzić do pracy ze strachu.

Gdy moja koleżanka w pracy nie odzywa się do mnie, jest zdenerwowana, ja od razu podejrzewam, że złości się na mnie, lub obraziła się na mnie i jednocześnie czuję to samo.

Muszę się przecież jakoś bronić, gdy ona ma zły humor, bo ona może wybuchnąć a ja nie zdążę się obronić swoimi emocjami, wiec lepiej jest jak zawczasu trochę się zdenerwuję lub zgromadzę argumenty przeciwko niej.

Nie potrafię skupić się na pracy, ciągle spoglądam na nią, zagaduję, aby dowiedzieć się jaki ma humor. Uzależniam swój humor od jej, zatracając siebie. Pod koniec dnia najczęściej jestem zła na nią i zmęczona udawaniem i mam ochotę spędzić trochę czasu w samotności.

Zachowania, myśli lub odczuwanie w sposób przymusowy Gdy zmarł mój wujek, płakałam na jego pogrzebie mimo że  nie znaliśmy się zbyt dobrze i nie mieliśmy zbyt częstego kontaktu ze sobą. Tak naprawdę cały czas myślałam o tym, że jego syn, który jest 2 lata młodszy ode mnie, będzie musiał od teraz poradzić sobie sam bez ojca i jednocześnie odczuwałam wielki smutek i żal, co by było, gdyby to mój ojciec zmarł. Ale przecież on pił i wciąż czułam do niego złość. Jak to możliwe, że czułam jednak tak wielką rozpacz?

To jest przecież bardzo smutne, gdy dziecko zostaje bez opieki ojca i będzie nagle musiało wydorośleć i zajmować się sobą samo.

Moja mama , która siedziała obok mnie zupełnie nie rozumiała, dlaczego tak rozpaczam. Najgorsze jest to, że ja sama nie potafiłam jej wytłumaczyć. Czułam po prostu przymus płaczu. Zaczęłam sobie później tłumaczyć, że to jest jednak normalne, aby nie pomyśleć, że zwariowałam do końca. Czułam się jednak dziwnie, wiedząc że syn wujka sam nie płakał.

Widząc jak mój brat krzyczał na swojego małego synka czułam przeogromną wściekłość oraz strach, że tego małego może spotkać to samo, co mnie i jego z naszym ojcem. Czułam strach, który pochodził z dzieciństwa przed biciem i krzykiem ojca, a jednocześnie jego perfekcjonizmem i egocentryzmem.

Nie powinien na nie krzyczeć, tylko bardziej otoczyć troską i opieką, bo dziecko przeważnie zachowuje się niepoprawnie, aby skupić na sobie uwagę rodziców, ich miłosć i zagarnąć ich bliskość do siebie.

Wtrącałam się w sprawy mojego brata i bratowej, doradzałam im co mają robić, próbowałam wciskać im rady dotyczące wychowywania dziecka, jakbym sama umiała. Przez to brat bywał na mnie zły, obrażony, a jednocześnie powodowałam konflikty miedzy nim a bratową, bo buntowałam ją i namawiałam do innych zachowań.

Ucząc moją koleżankę w pracy i widząc, że nie robi wszystkiego tak, jak ja bym tego chciała, wpadałam w złość i zdenerwowanie – „Co będzie jak szef przyjdzie i to wszystko zobaczy?”. Wszystko musiało być zrobione tuż przed przyjściem szefa, aby był zaskoczony i zachwycony, że o wszystkim pomyślałyśmy i że ja tak dobrze ją uczę. Tak jak w dzieciństwie, wszystko musiało pasować ojcu, tak aby nie musiał powtarzać 2 razy.

Najlepiej jest jak wykonamy wszystko tak, aby szef nie mógł się do niczego przyczepić. Pochwali nas prawdopodobnie a już na pewno nie wpadnie w złość i nie pobije nas. Lepiej być trochę bardziej zachowawczym i dokładnym.

Gdy szef jednak nie zauważał moich starań, mojego dążenia do perfekcji tylko dla jego pochwał, wpadałam w złość. Gdy znajdował nowe zajęcie dla mnie, o którym nie pomyślałam wcześniej, również wpadałam w złosć i żal, że przecież mnie się należy pochwała za to co już zrobiłam. Krytykowałam go i miałam dosć pracy u niego.

Słowa, które powiedziałam, aby zaprzeczyć faktowi nadużywania alkoholu przez rodzica i jego wpływu na naszą rodzinę On rzeczywiście trochę pije ale nie wydawało mi się aby to było coś strasznego. Wymagał od nas sporo, ale chyba każdy ojciec wymaga?

Każdy dobry ojciec wymaga i chce nauczyć swoje dzieci czegoś dobrego. A on przecież uczył nas dobrych rzeczy, tyle że czasami wydawało mi się, ze nie robi tego tak, jak trzeba. Ale to możliwe, że ja byłam winna.

Czułam się faktycznie winna i niedoskonała. Miałam wrażenie, że nie spełniam jego oczekiwań i nie zasługuję na miłość przez to. Czułam się nie wartościowa i przez to okaleczałam się, objadałam się i działałam na swoją szkodę.

Każdy rodzic popełnia błędy. Wyrządził mi trochę krzywd, ale przecież są ludzie i dzieci, które mają gorzej, bo np. nie mają co jeść albo nie mają w ogóle rodziców.

Powinnam się przecież cieszyć, ze w ogóle  mam rodziców i że dbają o mnie tak, jak umieją. Inne dzieci przecież wychowują się w domu dziecka albo w ogóle na ulicy. Powinnam być szczęśliwa.

Oszukiwałam siebie, oszukiwałam innych, nie spotykałam się ze znajomymi ani nie zapraszałam ich do siebie, aby prawda nie wyszła na jaw. Udawałam, że mam świetnych i wyrozumiałych rodziców.

Byłam przekonana, ze gdy się wyprowadzę albo wyjadę za granicę, to wszystko się zmieni, bo oderwę się od swojego ojca. Niestety nie zmieniało się zupełnie nic, a nawet czułam się gorzej, bo czułam się sama, oderwana od domu. Tak, jakbym w domu miała jakieś oparcie.

Tak powinno przecież być – zaczynam żyć sama, więc wszystko układa się od nowa, super pięknie. Miałam nadzieję, że zapomnę o starym życiu, a nowe rozpocznie się jakby starego nie było.

Wyjechałam z domu kilka razy, kilka razy przeżywałam szok rozstania i trudności w nawiązywaniu relacji. Na wyjazdach brakowało mi rodziców, tak jakbyśmy byli dobrze zżytą rodzinką. Trudności wyniesione z domu wcale nie znikły, lecz ujawniły się bardziej intensywniej. Czułam żal i wielką gorycz, nie dostając pochwał od przełożonych, sądziłam że należy mi się sporo, a za chwilę czułam się bezwartościowa. Nie wiedziałam kim jestem, więc nie umiałam zachowywać się wśród ludzi.

Bezsilność – to tyle?

DDA – przyznanie się do bezsilności

  1. Przyznaję, że nie mam kontroli nad zachowaniami moich znajomych.
  2. Przyznaję, że nie mam kontroli nad zachowaniami mamy i moją złością z powodu jej bezradności.
  3. Przyznaję, że nie mam kontroli nad reakcjami innych ludzi i ich stosunkiem do mnie.
  4. Przyznaję, że nie mam kontroli nad swoimi odczuciami.
  5. Przyznaję, że nie mam kontroli nad swoim nadmiernym jedzeniem.
  6. Przyznaję, że nie mam kontroli nad reakcjami i zachowaniami mężczyzn.
  7. Przyznaję, że nie mam kontroli nad piciem ojca i moją bezradnością wobec jego picia.
  8. Przyznaję, że nie mam kontroli nad trzeźwieniem ojca i moją złością z tego powodu.
  9. Przyznaję, ze nie mam kontroli nad bliskością swoich znajomych oraz ich obecnością.
  10. Przyznaję, ze nie mam kontroli nad swoim wyglądem.
  11. Przyznaję, ze nie mam kontroli nad płaczem mojej mamy.

Walka o utrzymanie sprawowanie kontroli:

„Zaczynało się praktycznie tak samo za każdym razem – spokojna, cichutka stałam z boku. Poproszona o pomoc – reagowałam zachwytem nie z tej ziemi. Wkładałam mnóstwo energii aby ktoś zauważył moją „skromność i bezinteresowność”. Rzucałam się w wir pomocy, a najlepiej wyrabiając 300% normy, zaniedbując swoje obowiązki lub odpoczynek. W głowie cały czas świtała mi myśl, że dzięki temu znajomi będą mi ogromnie wdzięczni, wychwalą mnie i będą chcieli zatrzymać dla siebie. W rzeczywistości tak nie było – cenili sobie moją pomoc, dziękowali – i tyle. Żyli sobie dalej obok mnie – grzecznej dziewczynki.”

Próba rezygnacji ze sprawowania kontroli:

„Bardzo trudno jest mi nie nadrabiać zadanej pracy lub określonej pomocy. Gdy szefowa poprosiła mnie o wykonanie zadania, starałam się tłumaczyć sobie, że to nie konkurs a jedynie praca. Następnym razem, gdy pomagałam koleżance, łatwiej było mi pokazać swoją złość, niezadowolenie. Pojawił się co prawda lęk, że nie „zarobię sobie” na jej przyjaźń, znajomość, jednak wciąż myślałam o tym, że ważniejsza jest uczciwość. Coraz częściej łatwiej mi było zwrócić jej uwagę lub też zachować się po prostu zgodnie ze sobą – nawet jeśli to oznaczało czasami odmowę lub wyjaśnienie mojej niezgody. Z koleżanką faktycznie się zaprzyjaźniłam, mimo że zdarzają się momenty sprzeczek – to boję się ich mniej. Momenty, gdy widzę, że nasza relacja jest prawdziwa, są dla mnie najważniejsze – nawet gdyby przyjaźń ta miałaby się kiedyś skończyć.”

 

Wypisując listę sposobów prób kontrolowania byłam zaskoczona ale i zasmucona. To przykre dla mnie, że na tyle różnych sposobów nauczyłam się próbować szukać kontroli nad ludźmi, sytuacjami. Czuję żal, złość, smutek, zmęczenie ale też wdzięczność i nadzieję.

Teraz już nie minimalizuję tego zagadnienia – może dlatego, że doprowadziło mnie to do prawdziwych chorób fizycznych i psychicznych. Zauważając, że moje oczekiwania nie pokrywają się z wysiłkami sprawowania kontroli nad innymi, poczułam najpierw złość, bezradność, bezsilność, smutek, żal, strach, niepewność. „Co teraz?” – zaświtało mi w głowie. Tyle, że te oczekiwania były po prostu zmyślone. Udawałam, oszukiwałam siebie, że w końcu uda mi się zapanować na danymi ludźmi, sytuacjami. Teraz w końcu skończyło się to kłamstwo. Czuję ulgę, nadzieję i niepokój.

Czego obawiam się najbardziej, porzucając sprawowanie kontroli? Zapadnięcia się świata oraz nudy. Skoro mogę sobie odpuścić – to co mam robić teraz? Tyle czasu się tym zajmowałam, ze czuję się jak wieloletni robotnik, który ma szansę się przekwalifikować i zająć czymś nowym, pożytecznym, bardziej owocnym. Jednak też znużenie i niepewność. Czym konkretnie mam się zająć skoro nie mam pomysłu na siebie? Sądzę nawet, że to kontrolowanie dawało mi poczucie własnej wartości – poczucie bycia potrzebną i chcianą. Czuję nawet jakiś bezsens, który miałby po tym nastąpić.

Gdy myślę o tym całym sprawowaniu kontroli to przypomina mi się mój ojciec alkoholik. Nie panował nad swoim piciem i zachowaniem, Bywał brutalny, nieopanowany, używający przemocy. Jednak gdy nie pił – był również wymagający np. wobec mnie. Wszystko musiało być perfekcyjnie zrobione, ustawione, nauczone i odpowiedziane. On sam nie kontrolował siebie, ale próbował idealnie kontrolować wszystkich i wszystko dookoła.

 

Reakcja na Krok Pierwszy?

Słuchałam. Czytałam, jednak nie wierzyłam i nie chciałam wierzyć, że przyznanie się do bezsilności zmieni cokolwiek. Potem była to pożywka dla mnie, dla mojej pychy – „No przecież ja jestem bezsilna wobec tego, cóż więc mogę zrobić?” Do tej pory zdarzają się dni, myśli, kiedy próbuję, chcę próbować – „a może dziś już umiem?”. Przy tym Kroku czułam niepewność, niechęć, zdenerwowanie, strach, wątpliwość.

Podczas sytuacji, w których powstrzymywałam się od zachowań, które miały niby powodować, że kontroluję innych – czułam niepewność, strach, poczucie braku czegoś nieokreślonego. Czułam się niekompletna, niepotrzebna, gorsza, osamotniona, zdenerwowana, nieśmiała, zawstydzona. Z drugiej strony mniej zmęczona, nieco uspokojona, pogodniejsza.

W tym wszystkim nauczyłam się, że jednak mam problem z próbą kontrolowania. Co więcej – bardzo słabo mi to wychodzi, jeżeli w ogóle J Moje próby kontrolowania są tylko próbami, bo tak czy inaczej na bardzo niewiele rzeczy, sytuacji, ludzi mam wpływ. Zauważyłam, że próbuję kontrolować czyjeś reakcje – a szczególnie te, aby ktoś był zadowolony ze mnie i nie wpadł w gniew. Dlatego przesadzałam ze sprzątaniem dla szefa, ze spokojnym i „ugodowym podejściem” do przełożonych, przepraszaniem za swoją wątpliwą winę. Nauczyłam się jednak, że ludzie są ludźmi i mają swoje reakcje, na które ja nie mam wpływu. To, czy wysilę się bardziej, czy mniej nie ma również znaczenia na dłuższą metę. Najważniejsza jest chyba teraz dla mnie uczciwość wobec siebie.