Miesięczne Archiwa: Luty 2013

Bliskie kontakty

1. Im bliższe, tym większy niepokój – sama w sobie mam sporo niepewności, nie jasności i braku przekonania nawet do tego, co sama wymyślam w tym temacie. Im bliższa zażyłość z kimś, większe zaufanie, większa moja otwartośc, tym większy rodzi się lęk, że kiedy mnie zostawi, obrazi, wyśmieje to mocniej zaboli, zaboli porządnie, a ja tego na pewno nie przeżyję..

2. Blokuję się przed bliskością – widzę to po tym jak napina się moje całe ciało, mam wrażenie, że aż każdy mięsień. Moje dłonie są zaciśnięte, często nie mogę aż spojrzeć w tym kierunku, gdzie mnie ktoś dotyka. Bardzo często zastawiam się torebkami, gazetami, krzesłami, siadam w dalszej odległości, blokuję miejsce, aby nikt się nie przysiadł. Najgorsze są dla mnie spontaniczne reakcje bliskości innych ludzi, gdy niespodziewanie mnie ktoś przytula, chwyta, głaszcze..Czasami mam wrażenie, ze zapowietrzam się i nie mogę się z wrażenia odezwać.

3. Z nikim nie czułam się bezpiecznie – wracając do mojej rodziny – moj ojciec był nieprzewidywalny, już nawet nie wspominając o przekraczaniu moich granic, tak jakbym nie była tylko jego córką; mama również nieprzewidywalna – czasami podczas przytulenia, głaskania potrafiła płakać, narzekać na coś, być smutna; brat – od pewnego czasu był po prostu agresywny. W domu nie było spokojniej, ciepłej osoby, do której mogłam przyjść, przytulić się…jak np. do jednej babci. Jedna jedyna była ciepła, spokojna, czuła..na samo jej wspomnienie czuję ciepło i ogromną tęsknotę. Żadna inna ciocia, babcia, dziadek tak tego nie wyrażali. Była ogromnie otwarta, uśmiechnięta i po prostu pogodna. Ogromnie mi jej brakuje, bo mam teraz poczucie, że z nią naprawdę czułam się sobą i bezpiecznie.

4. Kiedy czuję się podatna na zranienie, odczuwam zagrożenie - własnie, sama podatność na zranienie wywołuje we mnie ogromny lęk przed katastrofą. Wyobrażam sobie, ze najlepszą sytuacja dla mnie byłaby absolutna pewnosć, że nic mi się nie stanie. Czegoś takiego nikt nie może mi zagwarantować, więc są to nierealne marzenia..Podatność na zranienie odrazu wiążę z zagrożeniem, tak jakby sama podatnośc była już zagrożeniem, pierwszym stopniem do katastrofy. A skoro to jest pierwszy stopień, to oznacza, że kolejne przyjdą na pewno. A skoro na pewno – to nalezy wyeliminowac peirwszy stopień. Takim to sposobem unikam wszelkich sytuacji, w których jest szansa, że mogę być zraniona. Jako że w ciągu całego swojego życia, jest mnóstwo takich sytuacji np. poznawanie nowych osób, imprezy, wyjazdy, szkoły, to z tego wszystkiego staram się wycofywać…

5. W mojej rodzinie zbliżenie do każdego oznaczało zranienie – szczególnie pamiętam to po mamie. Jakiekolwiek moje smutki, zranienia, złości były praktycznie nieważne z tym, co przeżywa ona! Moje zbliżenie do niej wywoływało często odrzucenie, zignorowanie..Ojciec – zbliżenie do niego powodowało albo to, że naruszał moje granice czyli ranił mnie albo też ignorował, niezauważał, niedoceniał, więc też ranił.. Brat – zawsze był młodszy, więc zawsze miał nieco inne myślenie niż ja. Najpierw liczyła się tylko zabawa, a ja już wtedy miałam jakieś swoje problemy. Później natomiast liczył się dalej tylko on, wszystko musiał mieć on, a ja byłam już ta mniej ważna, mniej potrzebująca. Gdy zaczęły się okresy imprezowania, dalej liczył się on, jego imprezy..ja byłam odrzucana, ignorowana, przekładana na potem..

6.  Nikt z nikim nie był blisko – tak można podsumować moją rodzinę. Każdy praktycznie miał swój pokój, swoją muzykę, swoje zajęcia i swoje zainteresowania. No tak, czasami były wspólne wyjścia do parku, zoo, kina..jednak nie wiem dlaczego ale z tymi wspomnieniami kojarzy mi się tylko ogromny smutek, rozpacz, żal..Czuję go, jak przeogromną pustą jamę w sobie, obecnie! Nawet na takich spotkaniach, każdy, mam wrażenie, był tak spięty, że w domu odczuwlaismy rozluźnienie, że udało się to przetrwać i znów jestesmy w swoich światach.. Nie było rozmów, wspólnych rozważań, pytań szczerych o to, co się w środku nas dzieje – każdy był zdystansowany do każdego.

Zaprzeczenia

1. Przyjmuję postawę obronną, gdy czuję się zagrożona – najczęściej objawia się to w postaci wycofania, ochłodzenia moich uczuć, złośliwych uwag, uszczypliwości, krytyka, poniżanie, ocenianie, rezygnacja. Zamykam się w sobie, przestaję się odzywać, oddzwaniać, udaję nieobecność lub bycie zajętą innymi czynnościami.

2. Czasami jeszcze wolę skłamać, niż przyznać się do błędu –  boję się wciąz reakcji innych na moją szczerośc. Czasami jest mi też głupio lub wstyd przyznać się, ze nie mam po prostu ochoty lub jestem zmęczona. Odrazu mam poczucie, że ktoś mi zarzuci, czym ja moge być zmęczona, bo przecież węgla nie przerzucam…Nie daję sobie prawa do tego, że mogę miec nawet takie powody, które moim zdaniem są błahe, głupie, nieodpowiednie. Moje wytlumaczenie na błąd musi być naprawdę powalające na kolana, bo w innym wypadku to oznacza.. że jestem słaba, naiwna, nierozsądna..nieidealna.

3. W mojej rodzinie każdy udawał, że nie ma problemów – no tak..zawsze było wytlumaczenie, że zachowałam się tak lub inaczej, bo pogoda brzydka, bo ciśnienie słabe, bo ktoś tam mnie zdenerwował..Na wszystko było jakies wytlumaczenie, ale nigdy nikt nie miał u nas z niczym problemów..

4. Nigdy nie wiedziałam, czego ode mnie chcą - nie do końca rozumiem to stwierdzenie, mimo że sama je pisałam.. :-). Jednak rozumiem je jako niezrozumienie, czy rodzice chcieli tego, abym zawsze szczerze i uczciwie się przyznawała do swoich zachowań(uczieczka ze szkoły, nienauczenie się na test..) lub przyczyn, z jakich nie podeszłam do egzaminu, uciekłam ze szkoły. A może   raczej interesowało ich moje działanie (podejście do testu, nauka, zdanie egzaminu..) a moje powody niezrobienia tego były tak nierozsądne i wręcz głupie(strach,niepewnośc, brak wiary w siebie), że powinnam wykonać zamierzone działania (zdać test, napisać egzamin) lub nieprzyznawać się do tak błahych powodów (strach, brak wiary w siebie) – czyli wymyślić kłamstwo ale już efektowne? (Pies zjadł mi książkę, wiatr porwał notatki..)   Chcieli uczciwości czy pomijania problemów?

5. Unikaliśmy rozwiązywania swoich problemów, rozmowy o nich, przyznawania się - nikt nigdy nie miał problemów, wszyscy udawali idealny, więc nigdy nikt się nie przyznawał i nie rozmawialiśmy o nich. Rozwiązania problemów? Kiedy mówiłam, ze boję się, że czegoś nie zdam, dostawałam odpowiedź: – Poraaaaaaaadzisz soooooobie.. No tak, zawsze sobie jakoś radziłam. Teraz wiem, że potrzebowałam wsparcia, wysłuchania, uwagi a nie złudnego,szybkiego i fałszywego pocieszania.

Ostra samokrytyka

1. Jestem swoim najsurowszym krytykiem – i zawsze nim byłam. Zawsze robili to rodzice ale kiedy oni już nie mogli mnie skrytykować, bardzo dobrze zastępowałam ich ja, zresztą do tej pory to robię. Zawsze wiem, że mało co mi wyjdzie, mało do czego się nadaję, że moje działania zawsze są bez sensu. Wszelkie niepowodzenia związane w domu, picie ojca, załamania matki, brałam na siebie, że to moja wina.

2.  Bardzo szybko się osądzam,jestem swoim największym wrogiem – teraz już nie aż tak bardzo. Kiedyś faktycznie byłam swoim wrogiem, co było widać w czynnościach nawet wobec swojego własnego ciała. Nie szanowałam siebie sama, nawet jedzeniem zatruwałam swoj organizm. Miałam wrażenie, ze sama sobie chcę zaszkodzić. Jedno malutkie niepowodzenie powodowało lawinę pomyji na mnie samą. Nikt nie musiał mi w tym pomagać, radziłam sobie z tym doskonale sama..

3. W mojej rodzinie wszystko robiłam źle – może nie zawsze było źle, teraz tak to widzę. Zawsze wszystko mogło być lepiej, szybciej, poprawniej, ładniej, czyściej..Nigdy praktycznie nie było pochwał za to, co zrobiłam. Nie ważne czy perfekcyjnie. Od kiedy tylko pamietam, wymagana była perfekcja. Za próby do jej dążenia nie było pochwał, tylko krytyka. Jak to mówili rodzice „konstruktywna”… Ciekawe tylko kogo tak kontruowała?

4.  Naturalną reakcją w moim domu było odrzucenie, obwinianie, ciche dni - oczywiście. To była ‚normalna’ reakcja na wszelkie nieporozumienia, kłótnie, niezgodę. Nie dało sie po prostu dojść do porozumienia, nawet pozostając przy swoich zdaniach. Zawsze ktoś musiał się obrazić, kogoś odrzucić, ktos musiał być winny. Ciche dni pamietam do dziś, nei zawsze nawet było wiadomo, z jakiego powodu do nich doszło..

5. Każdy błąd oznaczał straszne konsekwencje.. - do dziś pamiętam każde przedświąteczne przygotowania -stres, brak perfekcji powodował największe krzyki, za źle postawioną miskę.. Kiedyś ojciec wcale nie zareagował na to, że zbilismy z bratem żyrandol. Nie zareagował chyba tylko dlatego, że emocjonalnie był zajęty samochodem. Specjalnie wybralismy ten moment, bo ja byłam pewna, że w tyłek nam się dostanie i to ostro.. Bałam się zawsze o to, jak mam napisany zeszyt, bo za to często zeszyt fruwał w strzępach. Musiałam ja lub mój brat również przepisywać po kilka razy te same strony..Bezsens. Za brak nauczenia się tabliczki mnożenia – siedziałam w ciemnym pokoju sama. Do dziś pamiętam ten strach. Za brzydko ustawione buty, lądowały na podwórku.

Brak spontaniczności

1. Zabawa jest trudna dla mnie – bardzo trudno jest mi się zrelaksować, zacząc swobodnie bawić. Ciągle mam wrażenie, że obserwuję innych oraz kontroluję swoje zachowania, gesty, słowa, ruchy. Kiedy już komus naprawdę zaufam albo mam poczucie, że zna moje ‚klimaty DDA’ to jest mi łatwiej o swobodę zachowania przy kimś takim. W moim domu za bardzo nie można było się wygłupiać, biegać, krzyczeć, śmiać się do rozpuku, bo za chwilę rodzice chcieli nam nieco przygasić nasz „humorek”.

2.  Czuję niepokój, gdy ludzie śmieją się zbyt głośno – mam poczucie, że czymś takim zwabia na nas jakieś zło, niebezpieczeństwo, zagrożenie. Tak właśnie się działo w moim domu. Rodzice zawsze mieli zly humor, byli przygnębieni lub źli. Z tego powodu myśmy nie mogli się śmiać jak dzieci ?

3.  Jestem raczej samotnikiem – powoli się to zmienia. Po pierwszej terapii zauważyłam, że nieco mnie ciągnie do nowych ludzi. Lubię spędzać czas z ludźmi ale wciąż staram się ich kontrolować..Byłam samotnikiem, bo mogłam zachować ciszę, bo mogłam nad tym panować. Nad ludźmi nie mam żadnej kontroli. Poza tym, zawsze się bałam ludzi.

4.  Często się śmiałam, gdy inni zaczęli – bardzo często się tak zachowywałam, reagowałam jak inni. Po kilku uwagach, że jestem nieautentyczna czułam wstyd, że tak się zachowuję. Bałam się pokazywać swój dobry humor, bałam się, że to nieodpowiednie. Bałam się, że ktoś mnie wyśmieje, że oceni, że obrazi i ostatecznie, że skrzywdzi lub uderzy.

5. Głośny śmiech w moim domu oznaczał wymykanie się spod kontroli – tak, pamiętam jak często przy takim śmiechu siedziałam ogromnie spięta i tylko czekałam na to, co za chwilę nadejdzie. Miałam czasami wrażenie, że bardziej boję się takiego śmiechu rodziców, niż ich krzyku. Po tym śmiechu, nie wiedziałam czego mogę sie spodziewać.

6. Zabawa w moim domu oznaczała picie – oj tak. Każdy wyjazd do rodziny, znajomych kończył się tak samo. Zapity ojciec, kierująca matka, zła, zmeczona i my, niepewne i nierozumiejące nic dzieci. Imprezy bez alkoholu nie pamiętam – chyba, ze mama już porządnie się wkurzyła. Jednak napięcie na takiej imprezie było tak duże, że dlugo na niej nie byliśmy. Była to wtedy zabawa bez czegoś istotnego, bez punktu kulminacyjnego. Miałam zawsze poczucie, że jak wrócimy do domu to ojciec to i tak nadrobi.

Dorastanie dziecka

Co prawda planowałam dzisiaj już nie pisać tutaj, jednak wpadła mi do głowy pewna myśl, która mam wrażenie, że jest dość kluczowa, a poza tym to nie chcę, aby mi gdzieś umknęła..

Jestem dzisiaj po mitingu DDA. Doszłam do wniosku, że w dzieciństwie moi rodzice, a szczególnie mama, potrafili najpierw na mnie krzyczeć lub obrażać mnie, a po chwili przyjść i z czułością zapraszać mnie na obiad lub pytać czy u mnie wszystko w porządku?

Jak mogło być w porządku? Czułam się oszukana. Nic nie rozumiałam. Miałam w głowie jedno, wielkie uczuciowe zamieszanie. Rodzice wtedy zwracali się do mnie słowami: „kochanie”, „skarbie”. Ten dystans między ich krzyczeniem a życzliwością był ogromnie niezrozumiały dla mnie, a jako że nigdy nie pytałam o co chodzi, to kojarzyło mi się to z jednym, wielkim ciężarem, cierpieniem. Obecnie, szczególnie etap zakochania, wiąże się dla mnie z wielkim cierpieniem, niepewnością, zdenerwowaniem, oskarżaniem, niezrozumieniem. Podczas gdy partner się nakręca, pobudza momentami niepewności, tajemnicy, półsłówek, dwuznaczności – ja przeżywam katusze. Oczekuję, że za chwilę zacznie na mnie krzyczeć, wyśmiewać, żartować.. Jestem wciąż przygotowana w napięciu, więc jak niby mogę się cieszyć takim stanem?

Po drugie, zaczęłam się zastanawiać dzisiaj nad tym, dlaczego robię taką tajemnicę z tego, z kim sie spotykam. Nie chodzi tylko o obecną sytuację, bo zauważam praktycznie identyczne podobieństwo we wszystkich moich związkach lub spotkaniach z chłopakami.

Zastanawiając się nad tym przyszły mi do głowy myśli typu: „A co koleżanka na to powie?”, „Kurcze, terapeutce aż głupio się przyznać.”, „Może mamie lepiej nic nie wspominać.” Czy ja aby na pewno szukam dla siebie partnera? Bo od dzisiaj nie jestem tego pewna.
Zastanawiam się jaki musi być „on”, aby mama była dumna i zadowolona, aby ojciec był zadowolony i go zaakceptował, aby brat potrafił się z nim dogadać, aby był mega spokojny- tak, abym mogła go kontrolować i panować nad nim..

Wydaje mi sie, że doszłam w końcu do problemu, który tkwił we mnie całe życie. Dopiero teraz chyba jestem gotowa, aby zacząć przyglądać się temu i pracować. Cieszę się.

Nie, przyjemne to to nie jest wcale. Przyjemna jest satysfakcja i poczucie działania.

Nie wiem co podpowie mi jutro terapeutka, ale ja sama postanowiłam, że do czasu oświadczyn nie muszę podejmować żadnych decyzji w związku z nim. Jestem dorosłą, pewną siebie osobą. Wiem, gdzie są moje granice i jak ich bronić. Wiem, że w każdej chwili mogę powiedzieć o tym, co mi się nie podoba i ewentualnie to zatrzymać.
Nie jestem dzieckiem – mam wybór.

‚Wzrośnie w nas zdolność do dzielenia intymności’*

Dzisiaj praktycznie nie czuję sił ani motywacji do działania ;-) Sądzę, że ta praca nad zachowaniami DDA jak i nad krokami trochę wyciąga energii ze mnie. W piątek szykuję się na spotkanie z terapeutką. Ostatnie miałam 2 tygodnie temu, więc czuję już małe napięcie i strach. Za każdym razem czuję ucisk w żołądku przed tym, jaki temat wybierze.

Dzisiaj mam także miting. Jako że w zeszłym tygodniu nie byłam w stanie tam dotrzeć, cieszę się jeszcze bardziej ale i odczuwam bół głowy. Właśnie – ból głowy towarzyszy mi już od jakiegoś czasu. Cieszę się, że moje kompulsywne zachowania się nieco osłabiły, choć podejrzewam, że same z siebie tego nie zrobiły;-) Tyle lat jakoś nie chciały mnie opuścić, a luzują to akurat teraz?:-)

Po ostatnim spotkaniu-randce czułam ogromny lęk. Jeszcze czegoś takiego to nie było! Dzięki terapii przypominają mi się różne sytuacje stresowe, nieprzyjemne z przeszłości, ale jakoś udawało mi się (z płaczem lub bez) przez nie przejść. Jednak teraz, sytuacja, w której powstaje jakaś nowa relacja, paraliżuje mnie dosłownie maksymalnie! I tu nie chodzi o relację w znaczniu związku. To jest dla mnie nowa relacja, nowa osoba, nowa osobowość. Wychodzą moje wszystkie lęki – przed bliskością, odrzuceniem, wyśmianiem, ignorancją, znieważeniem, zlekceważeniem, niezrozumieniem, wykorzystaniem, przyjemnością, radością. Smutne.  Przez dwa dni, po spotkaniu, nosiłam to wszystko w sobie. Podejrzewam, że moje otoczenie widziało, że jest coś na rzeczy. Byłam zamknięta, osowiała, zniechęcona, zamyślona, rozdrażniona, obojętna. Nawet mój przyjaciel zareagował nieznanym dla mnie niezrozumieniem, a w efekcie odsunięciem.

Ostatecznie postawiłam na szczerość i otwartość. Napisałam do chłopaka o moich lękach, wątpliwościach, chęciach. Już po tym poczułam ogromną ulgę :-). Jednak gdy spotkałam się z jego zrozumieniem i łagodnością…to jak miód na moje zlęknione serduszko :-)

Dzisiaj spotykamy się po raz kolejny. Jasne, czuję lęk ale też zaufanie i spokój.

*Czwarta obietnica DDA

Poczucie winy

1. Czuję się winna, gdy odczuwam potrzeby – już w dzieciństwie starałam się „nie potrzebować” niczego ani nikogo. Mama przynosząc mi zwykły zeszyt, sweterek, jabłko robiła to ze łzami w oczach, z cierpieniem, tak jakby wydała na to ostatni swój grosz. Często i tak mogło być, bo w końcu ojciec za coś pić musiał. Uznawałam jednak, że to moje potrzeby są winne jej łzom. A skoro moje potrzeby, więc ja. Postanowiłam więc być dziewczynką niczego nie potrzebującą, radząca sobie sama ze wszystkim.

2. Czuję się winna, będąc ciężarem dla innych, przeszkadzając im – będąc nastolatką, po kilkanaście razy pytałam, czy komuś nie przeszkadzam, czy nie jestem czyimś obciążeniem. Jeżeli już okazało się, że przeszkodziłam w czymś, dodałam komuś pracy lub kłopotu, to czułam się ogromnie winna i zawstydzona. Byłam w stanie zrobić dosłownie wszystko, aby ten ktoś wybaczył mi „moje skandaliczne zachowanie” ;) Uznawałam, że to jest karygodne być ciężarem dla kogoś, karygodne na wymiar zesłania na Syberię. Traktowałam to niesłychanie poważnie i osobiście.

3. Często przepraszam, nawet za sprawy, za które nie trzeba – kiedyś zauważyłam, że kilka razy pomyliłam się podczas rozmowy przez telefon: zamiast ‚dziękuję’ powiedziałam ‚przepraszam’. Najgorsze jednak było to, że ja nie przepraszałam za swoje zachowanie szczerze, raz. Przepraszałam wiele razy, pod rząd i teraz widzę, jak bardzo to musiałobyć męczące dla innych, ale również mogło wywołać pewne niezrozumienie i zmieszanie. Gdy koledze/koleżance do szkoły zapomniałam przepisać pracę domową(!), to najbardziej winna i zawstydzona czułam się ja, a nie ta osoba. Przepraszałam kilkanaście razy za to samo, przepraszałam bo bylam zmęczona, bo miałam jakąś inną potrzebę..

4. W moim domu zawsze ktoś był winny – no tak, żadna kłótnia nie mogła się zakończyć po prostu rozejściem się i tyle. Zawsze musiałbyć ktoś inny całemu zajściu. Nawet wczoraj rozmawiając z mamą o remoncie łazienki powiedziała, że obecny jej stan to wina ojca..Tak jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. U nas w domu, zawsze był ktoś winny ale  o słowach przeprosin to już aż tak głośno się nie mówiło. Największym rozdającym win była mama – sędzia domowy. Czasami nawet mówiła, że ona to idealna nie jest ale powinniśmy spojrzeć na siebie. Winny był ojciec, my, świat, rodzina, teściowie..wszyscy.

5. Obwiniano mnie za sprawy, za które nie powinnam odpowiadać – podczas ostatniej kłótni, mimo że to mama obraziła mnie słowami, to i tak obwiniała mnie, że nie chcę tego zapomnieć i wybaczyć tak z miejsca..Zwykłe ‚przepraszam’ już przez gardło jej nie przeszło. W domu obwiniano mnie głównie za to, że zachowuję się jak dziecko, a nie dorosła.  Obwiniano mnie za to, że mam swoje zdanie, swoje postepowanie, swoje inne zachowanie. Obwiniano mnie, że chcę być inna, że chcę coś zmienić, że chcę dążyć do czegoś innego..Chcąc się wyprowadzić, obiwniano mnie o to, ze moj facet się obraził. Obwiniano mnie za kłótnie, kiedy poszłam na terapię. Obwiniano mnie za to jakie mam zdanie, światopogląd po terapii. Obwiniano mnie, za to, że nie chcę poświęcać się już maksymalnie ludziom. Obwiniano mnie, że chcę dbać o siebie fizycznie, psychicznie. Obwiniano mnie, gdy chciałam poświęcić trochę czasu tylko sobie.

Nadmierne poczucie odpowiedzialności

1. Mam skłonność do brania odpowiedzialności za wszystko – często za opinię innych, za zachowanie, za czyjeś słowa, nawet za myśli. Miałam poczucie, ze odpowiadam za swoją naukę, porządek w domu, utrzymywanie kontroli i bezpieczeństwa w domu, pilnowanie ojca, pocieszanie matki, troszczenia się o brata, pomoc innym. Obecnie czuję z tego powodu wielkie zmęczenie. Mam wciąż wrażenie, że biorę na siebie odpowiedzialność za problemy brata, pomoc znajomym, zdrowienie ojca, pomoc matce, pocieszanie koleżanek, naukę, swoje zachowania, czyjeś zachowania, myśli, słowa.

2. Zawsze zgłaszałam się do dodatkowych prac – miałam poczucie, że zdobędę tym przychylność, akceptację innych. Wydawało mi się, że gdy poczuję się potrzebna, to poczuję swoją wartośc oraz zwiększe pewnośc siebie. Teraz widzę jak nierealne to było :-)

3. Trudno mi odmówic, gdy ktoś prosi o pomoc – czuję się wtedy ogromnie nielojalna. Mam poczucie, że ludziom nalezy pomagać, bez względu na swoje potrzeby. Tego zresztą uczyła mnie moja mama, że nie nalezy patrzeć na siebie, lecz przede wszystkim na innych.

4. Pomagałam wszystkim i troszczyłam się o wszystko w mojej rodzinie – mialam poczucie, że tylko wtedy jestem zauważona, doceniona. Sądziłam, że przez pomoc stanę się dla nich ważna, kochana. Wydawało mi się, że muszę to wszystko robić, bo wymagane jest to ode mnie, ale też aby zasłużyć na przyjemności, na miłe słowa od rodziny..

5. W domu chwalono mnie, gdy zachowywałam się jak dorosła –  w pewnym momencie miałam wrażenie, że to ja jestem jedyną dorosłą osobą w domu. Czułam się mega przeciążona z tym. Cieszyłam się, że mnie chwalą ale czułam ogromne cierpienie z tego powodu, więc ciężko mi było przyjąć pochwały. Uznałam, że bycie dzieckiem jest złe, nieodpowiednie; że tylko bycie poważną osobą jest akceptowalne.

6. To ja troszczyłam się fizycznie/emocjonalne o pijanego ojca - sprawdzałam, czy gaz jest dokręcony, czy nic się nie pali, czy oddycha, czy żyje, czy nie zadławił się. Ja prowadzałam go do łóżka, kazałam spać, uspokoić się, groziłam i wymagałam obietnic, że to było jego ostatnie picie. To ja robiłam mu wykłady, krzyczałam, żeby się opanował. W końcu to ja czułam się jak jego partnerka, a nie córka.

Konflikty

1. Unikam konfliktów – boję się ich, nie wiem jak się zachować, tracę pewnośc siebie, przekonanie do swoich racji, boję się przebiegu konfliktów, boję się, że skończą sie jak zwykle przemocą, biciem, obrazą, wyzwiskami, trzaskaniem drzwi, płaczem. Nie wyobrażam sobie, ze konflikt można zakończyć spokojnie a później nadal w spokoju rozmawiać, bez obrażania się.

2. W moim domu konflikt oznaczał przemoc, krzyki, opuszczenie emocjonalne - konflikt zaczynał się wymianą zdań, zarzucaniem sobie swoich wad, obrażaniem drugiej strony, trzaskaniem drzwiami, płaczem, wychodzeniem, uciekaniem, nieodzywaniem się, biciem.

Uczucia

1. Czasami nie jestem jeszcze świaodma swoich uczuć – mimo że poznałam już wiele nazw emocji i większośc potrafię nazwać, to z pełną świaodmoscią tych emocji już tak różowo nie jest. Czasami wydaje mi się, że odczuwam smutek w związku z jakimś wspomnieniem, jednak po spotkaniu z terapeutką, po czytaniu literatury, rozmową z innym DDA mogę dojść do wniosku, że jest to smutek ale u jego podstaw leży złość, brak wiary w siebie itp.

2. Uczucia kojarzą mi się z ciężarem – rozpoznawanie uczuć, nazywanie, wypisywanie, przerabianie uczuć z przeszłości..wszystko to kojarzy mi się z bardzo trudną zagadką, na którą i tak nikt nie zna pewnej odpowiedzi. Najgorsze jest jednak to, że nawet przyjemne sytuacje wiążą się z ciężarem. Każde zakochanie, rozstanie, wyjazd, wymówienie z pracy wiąże się z przyjemnymi uczuciami jak radość ale też i z nieprzyjemnymi jak odrzucenie, smutek.

3. Przeraża mnie, czego mogłabym się dowiedzieć, gdybym wyrażała swoje uczucia – wyraża się to w dwojaki sposób – boję się tego, czego mogłabym się dowiedzieć o sobie, swoim wnętrzu oraz wiadomości zwrotnych od innych osób. Boję się tych zawikłanych uczuć wewnątrz mnie, boję się, że nie mogę ocenić skali ich natężenia, więc boję się wybuchu.. Z drugiej strony boję się reakcji osób na moje prawdziwe, szczere uczucia, nazwane po imieniu – bo przecież nie zawsze wszystko mi się podoba lub ze wszystkim się zgadzam. Ta niezgoda może rodzić nieporozumienia, konflikty i tego się boję panicznie..W moim domu niezgoda zawsze oznaczała konflikt – zawsze ktoś musiał mieć rację i zawsze to musiał być ojciec lub matka.

4. W moim domu nie należało wyrażać: wstydu, strachu, radości, smutku, złości, bólu - zawsze w takich momentach następował krzyk, wrzask z pytaniem o przyczynę tego uczucia. Z powodu krzyku odrazu czułam strach i złość do siebie, że w ogóle poczułam taką emocję, więc w przyszłości wolałam tego nie czuć lub udawać, że wszystko jest w porządku.