Miesięczne Archiwa: Czerwiec 2013

Bo to był test

To wszystko był test: czy jesteś i czy będziesz przy mnie?

Sprawdzam, gdzie i jak patrzysz.

Słucham i porównuję do siebie  Twoje wypowiedziane słowa.

Słucham i ciągle myślę, czy taka jaka jestem, odpowiadam Ci?

Próbując się ulepszać, czekam na Twój zachwyt.

Oczekuję nagany, gdy specjalnie błądzę.

Sprawdzam Cię, czy jesteś przy mnie.

Czy to co robię, jest dla Ciebie ważne?

Czasami chowam się przed Tobą, czekając aż mnie znajdziesz.

Czasami się zamykam, bo chcę przytulenia

Robię się smutna, wołając o pocieszenie.

Sprawdzam Cię.

Sprawdzam Twoje uczucia, zainteresowanie.

Sprawdzam Twoją miłość.

Gdzie jesteś, tato?

Trochę poumartwiania się

Kosmiczny dzień. Masakra. Dzisiaj, jak widzę, było na ostro. Z drugiej strony było też łagodnie.

Nie wiem do końca, co się dziś zadziało. Wiem jedno – nie mam pojęcia, co czuję. To, jaki mix stworzył się we mnie, nie jest w tej chwili dla mnie do ogarnięcia.

Usłyszałam dziś wielokrotnie: „Mogę ci pomóc..”, „Nie musisz sama..”, „To nie twoja wina..”

Czułam przygnębienie, tak, jakby to nie było do mnie. Miałam wrażenie, że ktoś widzi, że jest mi trudno.
Ja zupełnie nie mogę się pogodzić, że sobie nie radzę, że potrzebuję wsparcia, że potrzebuję kogoś.

Czuję się poniżona wtedy, nic nie warta, i tak jak kiedyś, mam ochotę uciec i schować się. Schować się, bo nie wiem co się ze mna dzieje. Udać, że wszystko jest dobrze. Udać i schować się, aby przeżywać sama.

Powtarzam sobie te dzisiejsze zdania w głowie i nie wierzę, no nie wierzę! Moje ciało tego nie przyjmuje, a to boli aż fizycznie.  W moim domu, tato-żołnierz-amator, powtarzał, że trzeba walczyć ze słabościami samemu, trzeba doświadczać trudnych rzeczy, trzeba się zmagać, a jeśli coś mi nie wychodzi…to najwyraźniej źle to zaplanowałam.

Boję się. Naprawdę się dziś rozbiłam. Boję się, gdy jest mi tak trudno. Boję się, że gdy się tak rozwalę, to wyjdzie ze mnie coś, z czym sobie nie poradzę,a  mogę nie mieć nikogo do pomocy, wsparcia, dodania otuchy. Więcej – ja nawet jestem pewna, że nie mogę mieć nikogo.

Jak moje związki/przyjaźnie/relacje mają wyglądać normalnie? Najpierw nie wierzę w istnienie, uczciwość takiej relacji, a jeśli już jest, jakimś cudem, to ogromnie się boję, że sie rozpadnie. Pojawia się zazdrość, podejrzliwość, nieufność.

 

Po dzisiejszym mitingu, miałam takie bardzo silne wrażenie, że jest mi się trudno skoncentrować. Chciałam zająć czymś myśli, zmieniałam temat, trudno było mi zebrać myśli do kupy. Z samego mitingu tez miałam ochotę uciec, jak najszybciej. Mężczyzna obok – powodował, że połowa mojego ciała była praktycznie sparaliżowana. Słyszałam, jak jakiś stary głos mówił mi, że w razie niebezpieczeństwa jestem gotowa do ucieczki.

Ja jestem przerażona. Przerażona ojcem 5-8latka. Nie wiem co zrobić. Najchętniej bym wyszła.

Mam dośc, serio mam dość.

Wędrówka po starym domu

Samo wejście do mojego starego domu wiązało się z ogromnym strachem i niepewnością. Nigdy nie wiedziałam, co znajdę za drzwiami. Swoją drogą, zawsze też sądziłam, że drzwi naszego domu są jak ogromne drzwi starego kościoła – ciężko je otworzyć, aby wedrzeć się do środka. Miałam poczucie, że drzwi są granicą naszego świata i świata na zewnątrz, tego lepszego.

Na samą myśl o uczuciach, jakie wiążą się z moim domem odczuwam pustkę, niechęć, niepewność. To prawie tak, jakbym tam była tylko niechcianym gościem.

Najbezpieczniej czułam się chyba we własnym pokoju. Dokładnie znałam każdą plamkę na ścianie, bo tyle czasu w nim spędzałam. Sądziłam, że wieczne przemeblowania uczynią go bardziej przyjemnym. Nie czyniły. Czułam się tam niewygodnie, nieprzyjemnie, samotnie i odcięta od świata. Mówiąc szczerze, to tylko czekałam aż usłyszę zza ściany krzyki i wpadające do mnie niebezpieczeństwo.

Pokój rodziców kojarzy mi się z wielkim lękiem, niepokojem, otchłanią, zimnem, lodem. Wydawał mi się przeogromny, mroczny, niespokojny, zły. Zawsze bałam się chodzić na sam jego koniec, aby zdążyć uciec. Tak, jakby był miejscem, gdzie na pewno przyjdzie niebezpieczeństwo. Serce biło mi tam zawsze o wiele szybciej.

Kuchnia to miejsce przelotów, królestwo mojej mamy. Mogła wyganiać nas stamtąd, gdy tylko tego chciała, gdy coś na ją naszło. Ponad to kłótnie również odbywały sie w kuchni. Wspólne posiłki tez w kuchni. Jakas problematyczna ta kuchnia. Niby wiążąca, ale też i odpychająca. To chyba synonim mojej obecnej definicji „miłości”.

Pokój brata kojarzy mi się z pustką, chłodem. Tak, jakby nigdy tam na stałe nie mieszkał. Jakby tylko tam był „na chwilkę”. Kiedy był starszy, faktycznie bywał tylko na chwilkę.

Łazienka – jedyne miejsce, gdzie mogłam wymusić swoją intymność. Wiedziałam, a raczej miałam sporo pewności, ze nikt nie powinien wpaść do niej. Oczywiście, ta moja nadzieja była kilka razy zachwiana, jednak na szczeście do tej pory zostało mi poczucie, że mam prawo do pewnej intymności.

Obecnie, nawet gdy wyjeżdżam, mam wrażenie, że emocjonalnie jestem przywiązana do mojego domu, szczególnie tego starego. Mam poczucie, że męczy mnie odpowiedzialność, poczucie winy, że wszystkich zostawiam oraz wstyd, że pochodzę z takiego domu. Kilka lat temu odczuwałam brak nadziei, depresję myśląc o domu z jakiego wyrastam.

 

Nigdy nie sądziłam, że alkohol w naszym domu jest czymś złym. Miałam jednak przeczucia, że nasz dom jakoś się różni od innych i jednak nie zapraszałam praktycznie nikogo do siebie. W gimnazjum, mimo że moi znajomi zaczynali próbować alkoholu, ja się go po prostu bałam. Ogromnie dziwiło mnie to, ze w naszym domu panuje dziwnie napięta atmosfera, z niewiadomego dla mnie powodu. Chyba dlatgeo głównie chodziłam tak zmartwiona i zdenerwowana, jako nastolatka.

Już jako 3-latka mówiłam, że nie chcę z nimi mieszkać. Później powtarzam to sobie, lecz w ciszy. Chciałam jak najszybciej zwiać z domu. Od gimnazjum zaczęłam coraz częściej spotykać się z różnymi ludźmi uprawiając sport. Bardzo cieszyło mnie to, kiedy wracałam bardzo późno do domu. Nie widziałam nic co się w nim dzieje. Miałam poczucie ulgi. Po raz pierwszy widziałam, jak dobrze się z tym czuję.

Jeśli chodzi o członków rodziny – największym łącznikiem i mediatorem byłam ja. Zależało mi ogromnie, i chyba dalej tak jest, żeby rodzina trzymała się razem. Dążyłam do tego, aby się nie kłócić tylko w 2 słowach załatwić problem i nigdy do niego nie wracać już. Podejrzewam, że całe moje tamto życie poświęciłam na naprawę tych kontaktów. Nie miałam znajomych, koleżanek, przyjaciół, bo tak bardzo poświęcałam się rodzinie. Sądziłam, ze gdy uda mi sie to naprawić, to dopiero znajdę znajomych. Przyjęłam wtedy postawę uległą, tak jakby miała mi pomóc szybciej zjednać członków rodziny.

Inni ludzie zdecydowanie mogli liczyć na to, że uporządkuję ich sprawy. Nawet jesli nie dawałam sobie rady, to i tak wypruwałam z siebie flaki, aby to zrobić. Sobą nie zajmowałam się praktycznie wcale. Poświęcałam się kompulsywnie nauce. Aby zapomnieć. Odskocznią w pewnym momencie stał się sport. Później internet. Później depresja.

Jeśli chodzi o zabawę, miałam chyba wymyslonych przyjaciół, a raczej kogos z kim rozmawiałam.Sporo czasu spędzałam też z bratem. W szkole podstawowej mówiono, że potrafię malować, tworzyć a jednocześnie dobrze się uczę i radzę sobie bardzo dobrze z matematyką. Wtedy byłam najlepsza w klasie! Moim hobby było lepienie z plasteliny, składanie origami. Uwielbiałam to.

Moralność. To słowo dośc trudno mi związać z moją rodziną. Mam poczucie, że to słowo tam nie istniało po prostu. Ja miałam ciągłe poczucie niesprawiedliwości. Albo ja byłam traktowana niesprawiedliwie, albo mój brat. Pamiętam swoje ogromne zdziwienie, kiedy zrzuciłam winę z siebie na brata a rodzice po prostu go zaczęli bić. To było dla mnie niewiarygodne, dlaczego tego nie sprawdzili? Dlaczego jego nie zapytali o to? Miałam poczucie, że jesteśmy kochani, ale od „wielkiego dzwonu”.  Mam tez wrażenie, ze w naszym domu mówiło się o szanowaniu innych, pomaganiu, byciu miłym, jednak przykładów praktycznych w moim domu znaleźć się nie dało. Czułam wewnętrzny sprzeciw, jednak ze strachu, wolałam tak postępować na zewnatrz. Być po prostu uległa.

Znać pojęcia to dopiero pół sukcesu

Zawsze, od kiedy tylko pamiętam, chciałam mieć taką książeczkę, w której będą zapisane wszelkie wskazówki dotyczące każdej możliwej sytuacji życiowej:

„- W razie zdobycia nowego przyjaciela, wymagane jest na początku przedstawienie się, zaproszenie na herbatę, wspólne pogaduszki do późnych godzin nocnych. W żadnym wypadku nie należy w tej fazie obarczać przyjaciela swoimi problemami..”

Tak, pewnie tak wyglądałby fragment takiego poradnika. Poradnika dla zagubionych w życiu. Dla urodzonych wczoraj. Dla mnie.

Przez moje ręce faktycznie przewinęło się kilka lepszych lub gorszych poradników życiowych, jednak w żadnym nie było tego, czego szukałam, czyli konkretnych wskazówek jak żyć.

Po pewnym czasie zaczęło jednak do mnie docierać, że nie ma czegoś takiego. Zamiast wywołać to we mnie uczucia ulgi, spokoju, spadku napięcia, stało się zupełnie na odwrót. Wpadłam w małą panikę, że w takim razie jestem skazana na totalną porażkę zawodową, społeczną i ekonomiczną. Byłam przekonana, że bez poradnika nie będę potrafiła nawet się zakochać…bo nie będę wiedziała w kim.

 

Teraz jestem wdzięczna za to, że nie ma takich poradników. Jasne, nie żyje mi się fantastycznie lekko, jednak zasady są dość proste – nie komplikuj i bierz to, co dostajesz.

Sporo czasu mi zajęło, zresztą zajmuje do tej pory, zanim zrozumiałam i nauczyłam się, że w tym wszystkim chodzi przede wszystkim o rozwój samej siebie. O to, aby dojść do ładu sama ze sobą. To ja mam sobie wypracować zachowania, myśli, przekonania, cechy takie jakie będą mi odpowiadać. Nie na wszystko mam wpływ, i na to też muszę znaleźć jakiś sposób. Jeszcze nie tak dawno tym sposobem był mój nałóg. Dzisiaj uczę się zastanawiać się nad sobą, nad swoimi zachowaniami, myślami. Być może czasami aż zbyt dużo jest tej analizy.

„Nieprawidłowo rozumiana szczerość zmienia się w brutalną otwartość, sprawiedliwość – w bezduszną oschłość, cierpliwość – pełne irytacji milczenie, miłość – w nadąsaną zaborczość, tolerancja – w pobłażliwość.” *

Dobranoc

 

* „Dzień po dniu – Medytacje”

Moje wielkie oczekiwania

Właśnie. Chyba wszystkie konsekwencje bazują na tym, że to są MOJE oczekiwania. To dość egoistyczne. Chyba ciągle zapominam, że kierownica mojego życia wcale nie leży w moich rękach.

Jasne, czasami tak bardzo realnie wydaje mi się, że jednak potrafię, umiem, udaje mi się coś postawić na swoim.. To tylko złudzenie. Moja pycha potrafi zdziałać cuda, jeżeli o to chodzi.. Jest jak pętla, która powoli i delikatnie owija się dookoła mojej szyi. Ja momentami nawet sama ją zakładam. Po jakimś czasie po prostu się zaciska, czasami może na to wpłynąć coś z zewnątrz..ale co z tego?  Uduszę się ja.

Moja pycha wmawia mi, że to ja potrafię, że ja dam sobie radę, że ja jestem silna, że ja nikogo nie potrzebuję, że ja wiem najlepiej.. Zapętlam się i umieram..lub „umieram”. Śmierć przychodzi, fizjologiczna, psychiczna lub fizyczna.

Zapominam o swojej bezsilności. Nie mam już wpływu na to jacy są moi rodzice, jaka była moja rodzina oraz w jakim domu wyrosłam. Tak, wyniosłam z domu pakiet cech, które nie zawsze mi odpowiadają…Ale skąd ja o tym wiem, że mi nie odpowiadają? Kim ja jestem, aby to oceniać? Kim jestem, aby próbować patrzeć na to z większej perspektywy? Nie, nie jestem nikim. Nie jestem też kimś najlepszym. Nie muszę być.

Jestem zwykłym człowiekiem. Omylnym. Pięknym. Grzeszącym. Wrażliwym.

Tyle w zupełności wystarczy.

Nie ja rządzę swoim życiem, nie ja mam na nie wpływ. Jedno, co mnie obowiązuje, jako żyjącą istotę – to działanie.

Moje wielkie oczekiwania, dotyczące życia, mnie, innych…mam. Mam też świadomość, że to one często są źródłem moich rozczarowań, zawodów.

Dziś usilnie proszę, modlę się obym zawsze miała tą świadomość i wiedzę. Chcę zostawić kierowanie moim życiem komuś, kto już ma w tym wprawę.

Bóg dał mi życie i ocalił je przed nałogami. To wystarczające dla mnie przebudzenie duchowe. Jest nadzieja :-)