Przemyślenia

Pierwsi ludzie byli nadzy – a my jesteśmy?

 

Na religii, gdy katechetka opowiadała nam o tym – mnie samą ogarniał wstyd – „Jak tak można? Nic, zupełnie nic na sobie – i w obecności też nagiego faceta?!”

Pozostawię już ten fakt, że moje skojarzenia poszły tylko w tę jedną, cielesną stronę i dlaczego ;-)

Najważniejsze jednak wydało mi się dopełnienie zdania „Choć mężczyzna i jego żona byli nadzy – nie wstydzili się”.

I to jest super pytanie. Dlaczego mąż ma się wstydzić żony?! Dlaczego ja się wstydzę w ogóle?

Po pierwsze – nie podobam się sobie, więc może i komuś. Adam się jednak nie wstydził – więc prawdopodobnie wiedział jak wartościowy jest i czuł się dobrze z takim sobą, jaki naprawdę jest.

Po drugie – wstydzę się, gdy kłamię i buduje różne historie na ten temat. Wyciągam więc wniosek, że i Adam na początku nie kłamał, bo nie czuł takiej potrzeby.

Co więcej – nagość kojarzy mi się obecnie z uczciwością. Znam swoją wartość, więc nie muszę kłamać, nie muszę udawać lepszej, niż jestem, nie muszę „wkładać na siebie płaszczy”. Mogę pozostać  „naga”.

Ta cała refleksja przyszła mi do głowy wczoraj. Dziś zastanawiałam się nad sytuacjami, w których się wstydzę. Większość wstydów wynikała z tego, że nie przyznałam się do swojej winy, swojego strachu, swojego błędu, swojej słabości, swoich wad, swoich trudności, swoich głupot. Chciałam udać, że to jednak nie ja, że to taki „błąd przy pracy” – tak naprawdę to jestem inna, lepsza, fajniejsza, bezbłędna..itd.

Co się jednak stało, że zaczęłam udawać? Co się takiego stało, że poczułam w ogóle chęć czy potrzebę?

Adam i Ewa, pierwsi ludzie zapragnęli po prostu mieć więcej. Mieć to zakazane drzewo. Mieć wszystko. Wszystko bez tego jednego drzewa było za mało. Chcieli mieć serio wszystko.

Czy aby z moim uzależnieniem właśnie nie było tak samo? Jestem kompulsywnym żarłokiem. Jedna porcja to było wiecznie za mało. Każda kolejna moja praca była zbyt słaba. Każde studia, kurs – zbyt mało wymagające. Ciągle więcej, więcej, lepiej, ciężej, dalej. I nie ma w tym nic złego – chyba, że MOTYWACJE do osiągnięcia tego celu są…delikatnie mówiąc nierealne.

„Zrozumieć wszystko bez zrozumienia siebie – to śmieszne.”

Czy to nie było śmieszne, gdy próbowałam zrozumieć swoich znajomych, swoich rodziców, chłopaków totalnie nie rozumiejąc siebie?

A nawet jeśli już mi się wydawało, że jakąkolwiek wiedzę o nich posiadłam – czy to miało jakiekolwiek znaczenie dla mnie? Przecież ja sama nie rozumiałam dokąd zmierzam, co planuję, kim jestem, co potrafię, co lubię.

Czasami się zastanawiam, czy ja wcześniej byłam po prostu ślepa czy głupia, że nie zauważałam swoich błędów, swojego zachowania, życzliwości innych wobec mnie. Dziś myślę, że tak musiało po prostu być. Dziś podoba mi się i jestem ogromnie wdzięczna, że jestem w takim położeniu, w jakim jestem. Jasne – ja dla siebie miałam jakieś inne plany, bardziej „górnolotne” jednak ktoś najwyraźniej uznał, że nie wyjdę na tym dobrze.

Dziś wierzę, że wszystko co się dzieje, jest dla mnie dobre – jakkolwiek ma to wyglądać. Ufam i chcę odczuwać wdzięczność za to, co już mam.
Myślę, że zrozumiem wszystko, gdy zrozumiem siebie. I to nie będzie koniec tej podróży. To nastanie dopiero początek :-)

„Bo ja się czuję poniżana!”

Właśnie dzisiaj się nad tym zastanawiałam. A raczej miałam okazję do zastanowienia się. Rozwijało się już we mnie poczucie złości i smutku, żalu i ubolewania nad sobą – jaka to ja jestem biedna i skrzywdzona, a ten ktoś poniża mnie. I własnie wtedy dotarło do mnie: „A skąd Ty wiesz, że on w ogóle cię poniża?’ To okazało się dobrym pytaniem, bo moja uwagę skierowało od razu na mnie, a nie na tego kogoś. Zaczęłam się zastanawiać, co powoduje we mnie, że czuje się poniżana, a nie co i jak myśli ten ktoś. Doszłam ostatecznie do wniosku, że dość osobiście odbieram różnego rodzaju uszczypliwości skierowane do mnie. Dość trudno jest mi przyjąć to jako żart. Trudno mi nie reagować. Trudno mi nie brać do siebie. Tak jakbym chciała to brać do siebie aby szybko się nad sobą użalić, wpaść w złość i szybko to jakoś wyładować. Świetny mechanizm, prawda?

Dzisiaj też postanowiłam przez chwilę postawić się na miejscu tego gościa. Ja nie pomyślałabym, że poniżam kogoś swoimi uwagami ale przeciwnie – ja uczę tego kogoś, ja jestem lepsza, ja potrafię więcej, ja znam się lepiej, ja wymagam wdzięczności, ja wymagam. JA. Wielkie moje ego.

Z tego wszystkiego wychodzi mi jedno. Moje EGO gra w jednej i drugiej pozycji. Albo wielkie JA jest najbardziej na świecie poszkodowane, albo wielkie JA jest najmądrzejsze na świecie.

Trochę poumartwiania się

Kosmiczny dzień. Masakra. Dzisiaj, jak widzę, było na ostro. Z drugiej strony było też łagodnie.

Nie wiem do końca, co się dziś zadziało. Wiem jedno – nie mam pojęcia, co czuję. To, jaki mix stworzył się we mnie, nie jest w tej chwili dla mnie do ogarnięcia.

Usłyszałam dziś wielokrotnie: „Mogę ci pomóc..”, „Nie musisz sama..”, „To nie twoja wina..”

Czułam przygnębienie, tak, jakby to nie było do mnie. Miałam wrażenie, że ktoś widzi, że jest mi trudno.
Ja zupełnie nie mogę się pogodzić, że sobie nie radzę, że potrzebuję wsparcia, że potrzebuję kogoś.

Czuję się poniżona wtedy, nic nie warta, i tak jak kiedyś, mam ochotę uciec i schować się. Schować się, bo nie wiem co się ze mna dzieje. Udać, że wszystko jest dobrze. Udać i schować się, aby przeżywać sama.

Powtarzam sobie te dzisiejsze zdania w głowie i nie wierzę, no nie wierzę! Moje ciało tego nie przyjmuje, a to boli aż fizycznie.  W moim domu, tato-żołnierz-amator, powtarzał, że trzeba walczyć ze słabościami samemu, trzeba doświadczać trudnych rzeczy, trzeba się zmagać, a jeśli coś mi nie wychodzi…to najwyraźniej źle to zaplanowałam.

Boję się. Naprawdę się dziś rozbiłam. Boję się, gdy jest mi tak trudno. Boję się, że gdy się tak rozwalę, to wyjdzie ze mnie coś, z czym sobie nie poradzę,a  mogę nie mieć nikogo do pomocy, wsparcia, dodania otuchy. Więcej – ja nawet jestem pewna, że nie mogę mieć nikogo.

Jak moje związki/przyjaźnie/relacje mają wyglądać normalnie? Najpierw nie wierzę w istnienie, uczciwość takiej relacji, a jeśli już jest, jakimś cudem, to ogromnie się boję, że sie rozpadnie. Pojawia się zazdrość, podejrzliwość, nieufność.

 

Po dzisiejszym mitingu, miałam takie bardzo silne wrażenie, że jest mi się trudno skoncentrować. Chciałam zająć czymś myśli, zmieniałam temat, trudno było mi zebrać myśli do kupy. Z samego mitingu tez miałam ochotę uciec, jak najszybciej. Mężczyzna obok – powodował, że połowa mojego ciała była praktycznie sparaliżowana. Słyszałam, jak jakiś stary głos mówił mi, że w razie niebezpieczeństwa jestem gotowa do ucieczki.

Ja jestem przerażona. Przerażona ojcem 5-8latka. Nie wiem co zrobić. Najchętniej bym wyszła.

Mam dośc, serio mam dość.

Naprawimy to.

Chociaż tak łatwy proces to nie jest.. Powiedzieć a to przeżyć to dwie różne sprawy. Motywację do działania mam już od dawna. Uczciwość też coraz częściej mi towarzyszy. Nie jest idealnie. Nie będzie :-)

Przeżywam wiele sytuacji z dzieciństwa obecnie. Czuję mega ogromne zmęczenie! Mam poczucie, że moja doba trwa 4h :-P

Swój cały dzień staram się podzielić na pracę na programie 12 Kroków i 12 Tradycji, na modlitwę, na mitingi, na szkołę, na aktywność fizyczną, kontakt z ludźmi i sen. Mam wrażenie, że ktoś mnie goni..bo czuję jak każdy dzień jest wypełniony po brzegi. Jeszcze nie tak dawno miałam mnóstwo czasu na marnowanie go przed komputerem. Teraz? Hmm.. :-P No nie do końca. Nie powiem, że jakoś tęsknię za tym.

Mam poczucie, że problemy obecnego życia i problemy dzieciństwa za bardzo się skumulowały. Momentami trochę ograniczam swoją pracę nad Programem. Zauważam i powoli zaczynam rozumieć zdanie „Daj czas czasowi”. Przypomnieć sobie dzieciństwo to jedno, jednak przeżyć te emocje z dzieciństwa.. to zupełnie co innego. Obecnie zauważam, że mam dni, w które zupełnie odłączam się od znajomych, przyjaciół, rodziny. Nie mam po prostu siły na ich problemy. Prawdopodobnie, gdybym miała na głowie swoje obecne problemy, to byłoby ok. Jednak połączenie przeszłości z obecnością jest nie do zniesienia momentami.. Cieszę się chociaż, że udaje mi się oddawać swoje niepokoje związane z przyszłością Sile Wyższej.. Wtedy to już zupełnie byłby koszmar! :-P

Wierzę jednak, że wszystko co się ze mną dzieje ma swoje plusy i cel. Widzę zmiany w sobie, widzę więcej pogody ducha, więcej szacunku do samej siebie i większą łatwość w stawianiu granic.

A gdyby tak?

„A gdyby tak Bogu uwierzyć na słowo /

I gdyby tak zacząć budować na nowo „

Magda Anioł – Buonasera

 

 

Nie jest fantastycznie, nie jest po mojej myśli, więc jest nieprzyjemnie :-)

Tak, tak, wiem, że czasami tak już  jest, że nie wszystko, czego ja chcę dla siebie, będzie dla mnie dobre. Mam wciąż to poczucie z dzieciństwa, że jeśli ja nie zapanuję, nie zaplanuję to świat się zawali. Zapominam, że jest ktoś jeszcze, kto jest większy i potężniejszy ode mnie…Całe szczęście, że to On trzyma za ster..

Czas leci mi między palcami, nie mam nawet pojęcia gdzie. Czuję pewną ociężałość..Powrót do dzieciństwa uruchomił pewną falę, której się obawiałam. Wspomnienia wpadają do mojej głowy w każdej chwili, przypominam sobie najmniejsze szczegóły. Nie zdawałam sobie sprawy, że pamiętam tak dużo z czasów, gdy miałam 3-6lat.

Ten powrót do dzieciństwa jest niewiarygodny. Do tej pory miałam myślenie, że skądś tam pochodzę i mam jakąś historię. Wspomnienia, które wracają, pokazują mi moją konkretną historię, masę spraw, które się zadziały w moim życiu. Co jest jeszcze ciekawe? Zauwazyłam, że do tej pory żyłam w odcięciu emocjonalnym od tego, co było.

Wróciło do mnie wspomnienie, gdy wysłałam po raz pierwszy komuś swoje zdjęcie, i najwyraźniej ten ktoś uznał, że nie chce ze mną rozmawiać. To była pierwsza sytuacja, w której poczułam tak wielkie niezrozumienie, zaskoczenie, zdziwienie, niedowierzanie i rozczarowanie. Nie mogłam uwierzyć, że można kogoś tak po prostu ocenić, po jednym zdjęciu. Od tygodnia przeżywam to zdarzenie, mimo że stało się to dobre 8lat temu! Niesłychane!

Podobna sytuacja miała miejsce w przedszkolu. Dziewczyny z przedszkola nie chciały się ze mną bawić. Podsunęły mi pomysł, że zrobią to, gdy będę miała lalkę ze sobą. Specjalną. Wyjątkową. To było też pierwsze zdarzenie w moim życiu, gdy uznałam, że aby zdobyć czyjąś sympatię lub zainteresowanie, muszę na to jakoś zapracować. Zrozumiałam wtedy, że najwyraźniej sama moja osobowość nie wystarcza.

Żyję obecnie tymi sytuacjami. Czasami mam wrażenie, że przechodząc przed konkretne drzwi w moim domu, zobaczę wnętrze takie, jak kiedyś. Przypominam sobie kolory, fakturę materiałów, zapachy, dźwięki. Tak – głowa mnie boli od tego wszystkiego! :-)

To boli. To jest nieuniknione.

Wczoraj słuchałam o. Szustaka. To mój ukochany tatuś! :-) W każdym razie, powiedział coś, co mi dało ulgę i pewne pocieszenie.

Powiedział, że emocji nie da się zamaskować. Nie da się ich nie czuć, bo są naszą naturą. Porównał to ze zranieniem. Każda rana jakoś boli, ale mogę sobie sama wmawiać, że nie czuję bólu. Czy to zmniejszy mój ból? No nie :-) Zamaskowane uczucia tak czy inaczej, kiedyś wyjdą. Mam wrażenie, że u mnie właśnie wychodzą. Czuję małe ranki na całym ciele, co ogólnie boli.. Całe szczęście, że wszystkie rany się goją z czasem :-)!!

Dziękuję

..bo, po pierwsze, to wielka ulga, że w ogóle jesteś.

To fantastyczne uczucie zauważyć na własne oczy, że jednak Ci zależy, że jednak się interesujesz, że jednak się przejmujesz. Tak, własnie takiego przyjaciela zawsze chciałam mieć.
Z drugiej strony to też jest okazja dla mnie, żeby spojrzeć po raz kolejny na siebie. Świetną przyjaciółką to ja nie jestem, prawdopodobnie dlatego, że jeszcze nie umiem, że zatruwają mnie stare urazy, że nie chcę niektórych spraw przebaczać, że mam tajemnice, że się boję..

Jesteś dla mnie ogromnie ważny, wartościowy, godny zaufania, niezastąpiony, niepowtarzalny.

Czuję się akceptowana, potrzebna, zauważona przez Ciebie. Mimo że fizyczny kontakt mamy nieco utrudniony, to emocjonalny odczuwam o wiele intensywniej.

Tak, bywam złośliwa, zazdrosna, męcząca, wystraszona, zniechęcona, zmęczona,zagniewana..jednak dziś w ten sposób chcę Ci podziękować za Twoją obecność. Za to, że wytrzymałeś i dalej to robisz. Za to, że się nie zniechęcasz i czasami mnie wspierasz.

Nie, to nie będzie post w stylu: „Ty jesteś super, a ja ta opuszczona, zła”. Absolutnie nie! Znam swoją wartość, wymagam szacunku, troski, zainteresowania, a z drugiej strony chcę się zobowiązać do tego samego, bo jesteśmy sobie równi, o czym wciąż jeszcze zapominam. ..;-)

Przyjaźń to naprawdę fantastyczna sprawa ale jeśli kiedykolwiek usłyszę od kogoś, że to proste, łatwe i możliwe do szybkiego zbudowania..to uśmiechem nie pogardzę:-)  Dla mnie to było, i czasami wciąż jest, jak cholerna przeprawa na skraju życia w górskim potoku w górę do źródła. Momentami nazywałam to koszmarem, zarzekałam się, że to zakończę, płakałam z bezsilności i niezrozumienia..jednak to miało swój sens.

Relacje to nie gotowanie obiadu – złowienie rybki, usmażenie i gotowe ułożenie na talerzu. Rybę trzeba na nowo łowić, ciągle próbować smażyć, czasami na czymś innym niż same komplementy lub oszustwa, i ciągle delektować się efektami naszej wspólnej pracy. Tak – PRACY – bo to kontakt z żywym człowiekiem, żywym organizmem, którym nie mogę szastać, jak tylko mi się podoba. Egoizm po prostu muszę odstawić na bok, bo ta praca wymaga ode mnie poświęcenia czasu, wysiłku, siebie samej.

Dobrze się z tym czuję, jestem zadowolona. Może się zdarzyć i tak, że za tydzień efektem tej pracy okaże się kłótnia, zerwanie kontaktu, obraza. Tu przytoczę moje ulubione stwierdzenie: „Planuj działania, a nie efekty”. Ważne jest to, że oboje nad tym jakoś pracujemy, nawet gdy się kłócimy, bo to sprawia, że nasza przyjaźń żyje i rusza się, czasami aż zbyt gwałtownie.. :-) Efektów ja przewidzieć nie jestem w stanie..może to i dobrze, bo dzięki temu zyskujemy czasami niespodziankę w postaci takiej, jak dzisiaj.

\ Michał, dziękuję!

Coś jest na rzeczy..

..tylko dobre pytanie: CO?!!

Dziś rano już wstałam zmęczona, jakaś przybita. Niby wszystko jest w porządku, niby wszystko w miarę się układa..ale jednak coś jest na rzeczy. Może to nadchodzące święta?

Ogromnie mnie ucieszył dzisiejszy telefon od przyjaciela..Tak jakby wiedział, że własnie tego potrzebowałam – pogadać z kimś.

Od rana trzymała mnie w swych ramionach irytacja, która z biegiem dnia zmieniała się w złość, wściekłość, aż osłabienie i bezsilność. Tak, przeważnie gdy gromadziłam w sobie złość, wściekłość to ostatecznie czułam się osłabiona. No tak.. tyle wysiłku włożyć, aby schować te emocje… to niby jak miałabym się czuć? Rześko ? :-)

Atmosfera w mojej pracy jest łudząco podobna  do atmosfery w moim domu alkoholowym w dzieciństwie. Tak, zalewa mnie złość, kiedy pomyślę, że te dzieciaki prawdopodobnie będą przechodzić podobne sytuacje, jak ja..

Ciągle zalewa mnie złość..i nie wiem jak sobie z nią poradzić. Czuję się bezsilna, boję się nawet wszczynać jakiekolwiek dyskusje, kłótnie, bo jestem po prostu nieprzyjemna i przesadzam.

Na ulicy, w stosunku do ludzi, stałam się agresywna. W szkole również stałam się bardziej lekceważąca, obojętna.

Pozytywy? Hmm, zauważyłam zmianę np. w dzisiejszej rozmowie z ojcem. Od razu powiedziałam, jak bardzo dużo złości mam do niego, za to, że nie poszanował mojej rzeczy prywatnej.. i miałam wrażenie, że jeszcze jedno zdanie i rozpłaczę się..

Z powodu złości chce mi się płakać?? Coś mi tu nie pasuje!

Dzień złości

Czy aby tylko dzień? Mam poczucie, że kilka ostatnich dni otwierało we mnie to okienko „złości”.

Praca, którą wykonuję tutaj na blogu, może stwarzać pozory łatwości, jednak dla mnie dochodzenie do pewnych wniosków jest bardzo trudne. Podczas gdy nad tym pracuję, jeszcze nie odczuwam emocji związanych z danym „odkryciem” :-) Najintensywniej jest jakiś czas po tym. Do głosu dobijają się te prawdziwe, skrywane emocje.

 

Płonie we mnie wielka złość, nienawiść, uraza, gniew, wściekłość, co przeradza się w agresję. Dzisiaj na mitingu dałam temu upust, oczywiście tylko częściowy…co za dużo, to niezdrowo.. ;-)

Przeważnie złość zamykam w sobie, czuję wtedy zmęczenie, osłabienie, bierność, niechęć..mam poczucie, że niepotrzebnie się złoszczę, bo przecież cała ta sytuacja niedługo minie, a za jakiś czas pojawi się znów, wiec po co? W takim uśpieniu jestem podczas złości. Przykrywam ją czasami uczuciami przykrości, smutku.. Często mówię znajomym:”Nie, ja wcale nie jestem zła; po prostu jest mi przykro”.. Bzdura! Rozsadza mnie ze złości!!

Teraz zresztą też..nawet z błahych powodów.. i czuję zmęczenie, ale to prawdziwe..:-)

Nieprzyjemnie

No super..Mogłabym i nawet czuję malutką ochotkę, aby poużalać się nad sobą, ale jednak nie. Wczoraj złamałam swoją abstynencję – tak, jestem uzależniona – i czułam się z tym okropnie. Tuż po byłam przygnębiona, zaskoczona, zła, przybita i zniechęcona. Odczułam swoją bezsilność bardzo wyraźnie.

Dzisiaj rano obudziłam się jak po jakimś koszmarze, bez chęci do działania…i właśnie dlatego wstałam, żeby działać.

Poszłam biegać. No ok, nie jest to mój sport życia. Przy bolesnym lub nieprzyjemnym wysiłku odczuwam ogromny strach przed nadciągającym zagrożeniem..Coś w stylu jakbym miała zamknięte oczy i nadciągała na mnie wielka ciężarówka..nie widzę jej, ale czuję, że coś złego się zbliża..  Kiedyś mój wykładowca powiedział, że kobiety, z racji tego, że chcą być matkami, nie są w stanie dać z siebie wszystkiego na różnych treningach, bo wiedzą podświadomie, że muszą posiadać część sił dla potomstwa. Brzmi logicznie i często tak to sobie tłumaczę, jednak ja po prostu boję się i ogromnie denerwuję, gdy jest mi nieprzyjemnie np. zimno, głodno, mokro, niewygodnie… Czyżbym była trzymana w takich warunkach jak byłam dzieckiem? Możliwe. W mojej alkoholowej rodzinie wszystko zawsze było możliwe.

Szybkim krokiem popędziłam dzisiaj i do kościoła. Mimo syberyjskich mrozów i wiatrów halnych, dotarłam tam. Mam swój jeden, ulubiony kościół i naprawdę lubię tam być. Czuję się malutkim człowieczkiem, dzieciaczkiem w tym przeogromnym kościele.

Najgorszy był chyba jednak powrót do domu. Chyba nigdy nie odejdzie ode mnie to napięcie – co dzisiaj zastanę w domu? Za każdym razem się boję. Boję się też, kiedy nie rozumiem co się dzieje. Od razu wyobrażam sobie najgorsze scenariusze..Dziś w domu była moja mama, pogrążona w ciemnościach i gorszym nastroju, z tego co wyczułam z głosu. Nie miałam ochoty na jej zagrywki emocjonalne. Dość często manipulowała naszymi uczuciami, sama mając nienajlepsze samopoczucie.

Ja zwiałam do swojego pokoju, lecz po chwili znalazła się tam i ona. Pogadałyśmy dość przyjemnie i zmęczone szybko zakończyłyśmy rozmowę..Jednak po jakimś czasie wpadła do kuchni, zamykając mi drzwi przed nosem. Zdenerwowałam się, nie rozumiałam jej zachowania.

Zaczęły się wypominki – „jej to już nic tu nie można”, „liczymy się tylko my”, „a gdzie jest dywanik?”, „a dlaczego światło się pali?” itd. Nie miałam ochoty na takie przepychanki, więc kilka razy próbowałam zakończyć temat, uciekłam nawet do siebie, co też nic nie pomogło..

Bardzo korciło mnie, żeby się wyżyć na niej. Nie chcę jej okazywać zrozumienia.Nie chcę jej pobłażać.Włącza mi się egoizm..;-) No pięknie! Hehe.. Ja chyba ciągle mam żal, że ona jeszcze nie „zapłaciła za swoje błędy, krzywdy wyrządzone na nas”.

Kurcze, prokurator to byłby ze mnie dobry! Bo niby, że jej to teraz tak się wszystko łatwo dostaje, a ja muszę chodzić na terapię, na mitingi, ciężko pracować, odmawiać sobie pewnych rzeczy… Sporo żalu i urazy jest we mnie.. Nic dziwnego, że ciężko mi się żyje.. i została złamana abstynencja.

I jeszcze jakieś dziwne osamotnienie mi dokucza

- nie za dużo tych nieprzyjemności?! ;-)