DDA

Miting – jak wygląda to tajemnicze spotkanie?

Kilkukrotnie słyszałam już, że nowe osoby chciałyby przyjść – ale boją się.
No tak. W zasadzie, to wcale się im nie dziwię. Gdy muszę pójść do nowego urzędu – też się boję. Boję się, bo nie wiem co mnie spotka, nie wiem czy sobie poradzę, nie wiem czy mnie ktoś tam nie okrzyczy, czy się nie zgubię…itd.

Bać się można wielu sytuacji, dlatego też pomyślałam, że łatwiej będzie przyjść nowym osobom na miting, gdy będą wiedziały, jak on w ogóle wygląda…

Miting – choć może trochę straszyć nazwą – wcale taki straszny nie jest.
Każdy miting jest niezależny. Każda grupa mitingowa przeważnie ma swoją jaką nazwę np. „Przebudzenie”, „Nowy Świat”. Dlatego też mitingi mogą się trochę różnić między sobą.

Na ogół jednak mitingi wyglądają podobnie.
Zbiera się kilka – kilkanaście osób. Wchodzą na salę, gdzie stoją krzesełka – ustawione po okręgu, w rzędach, ustawione luzem – różnie bywa.

Mitingi odbywają się przeważnie w salach przy kościele. Nie oznacza to, że mają związek z kościołem – albo nie daj Boże! – będą Was zmuszać do jakiejś religii. Po prostu – patrząc realnie – ceny tych sal są najniższe.

Na mitingu zdarzają się osoby witające, stojące przed wejściem, które pomagają trafić, w przypadku, gdy ktoś nie może znaleźć wejścia.

Na miting można wejść, wziąć herbatę, usiąść i nic nie robić. Można zawsze wyjść. Nie ma tam listy obecności. Nie ma zapisywania się. Nie podajemy swojego nazwiska, jedynie imię lub pseudonim. Możemy się nawet z nikim nie witać. Tam nie ma takich obowiązków.

Miting zaczyna się przeczytaniem kilku stałych tekstów – jak: 12 Kroków, 12 Tradycji, przywitania. I dalej są już luźne wypowiedzi osób, które się zgłaszają.

To oznacza, że na mitingu nie trzeba się zgłaszać do wypowiedzi, nie trzeba nic o sobie mówić.

Jak już pisałam wyżej – mitingi mogą się różnić. Na niektórych pada czasami pytanie – „Czy jest ktoś po raz pierwszy na mitingu?”. Na takich mitingach następuje wtedy przyjęcie do grupy. Nie wszędzie tak jest. Ja osobiście chodzę na mitingi, gdzie tego nie ma.

A teraz o korzyściach! :-)
Na mitingu jest po prostu super! Jest wesoło, spokojnie, radośnie. Czuć miłość i wsparcie. Przyjaźń. Można poznać wielu przyjaciół :)

Poprawia się samopoczucie, na twarzy pojawia mi się uśmiech.

Zdecydowanie zachęcam, aby pójść i chociaż zobaczyć, jak to może wyglądać. :-))

Masz wątpliwości, gdzie pójść? Napisz!
Chcesz się wybrać wspólnie na miting w Warszawie lub okolicy? Napisz! :-)

Czekam na Twoją wiadomość. :-))

„Nie przestaniesz być współuzależnionym, jeśli próbujesz wywrzeć na kimś wrażenie.”

Odkrywając motywy moich współuzależnieniowych zachowań nie byłam zachwycona. Nie jest to coś, czym chętnie bym się pochwaliła. Czuję strach, niepewność, obawę, zaciekawienie, zainteresowanie, smutek, żal. Nie jestem pewna, czy uda mi się to rozwiązać, jednak z drugiej strony to chyba dobrze, że dowiaduję się o tym teraz już. Myślę, że gorzej by mi się żyło, idąc w zaparte, że „bardzo lubię pomagać innym” lub „taka już ze mnie perfekcjonistka”. Teraz po prostu wiem, że zabiegam o pochwałę, jestem współuzależniona od zachowań i humoru innych oraz rezygnuję z siebie, na rzecz przyjaźni i akceptacji ze strony ludzi.

W mojej głowie naturalnie, że pojawiły się argumenty, które broniły, racjonalizowały lub minimalizowały te zachowania:

  • Ja taka już jestem
  • Wyrosłam w takim domu i tego nie da się już zmienić
  • Czy ja muszę być idealna? Mam swoje dziwne zachowania
  • Lubię dokładnie wykonaną pracę
  • Skoro pracuję dla kogoś, to ten ktoś musi być zadowolony
  • Rodzinie trzeba się poświęcać
  • Koleżeństwo wymaga poświęceń
  • Nie mogę być egoistką
  • Inni mają gorzej

Zauważając rozbieżności między intencjami a rezultatami moich zachowań czułam smutek, złość, żal, bezsilność, współczucie do siebie, rozczarowanie. Zastanawiałam się, jak to możliwe, ze wcześniej sama tego nie zauważyłam? Pomyślałam też, że było to strasznie głupie a jednocześnie współczułam sobie, że wkładałam tyle wysiłku w zachowania, które i tak przynosiły odwrotny skutek, a ja nie widziałam tego, a przez to nie umiałam tego zmienić…

Aby zauważyć uczciwie prawdziwe rezultaty musiałam się jednak nieco przemóc. Myśli racjonalizujące powracały z nowszymi argumentami. Odrzucało mnie od tego oraz pojawiały się myśli : „To nie może być przecież prawda”. Co chwilę chciałam odrzucić to ćwiczenie albo zrezygnować z niego. Co chwilę myślałam, że ja przecież nie mam pojęcia o co tu chodzi ani o czym mam napisać. Tak, było mi trudno zauważyć prawdę, która pewnie była widoczna dla innych.

Pewnie, że krytykowałam siebie za współuzależnienie. Nawet w tej chwili czuję się zaskoczona, że mogłabym siebie nie krytykować za to. Czuję się winna. Ja czuję się winna, że nauczyłam się zachowań współuzależnieniowych. Zupełnie nie staram się siebie zrozumieć – przeciwnie – oceniam siebie i przygniatam za używanie tych zachowań. Cały czas sądzę, że ja jestem po prostu jakaś chora, ze względu na stosowanie tych zachowań uzależnieniowych. A przecież – taka jest prawda – że nauczyłam się je stosować, aby jakoś przeżyć w moim alkoholowym domu, żeby jakoś przeżyć przy alkoholiku 20 lat, żeby móc prowadzić normalne życie towarzyskie, mając w domu alkoholowe szaleństwo, żeby dojrzewać w znośnych warunkach, unikając relacji z alkoholikiem.

Współuzależnienie? To niemożliwe!

Oznaki współuzależnienia:

Jestem dumna ze swojej samokontroli – często

Poczucie własnej wartości opieram na tym, czy inni chcą się ze mną kontaktować – często

Czuję się odpowiedzialna za zaspokajanie potrzeb innych, nawet kosztem swoich – często

Mam tendencję do zaprzeczania swoim uczuciom, pragnieniom – czasami

Boję się, że inni mnie opuszczą – zazwyczaj

Zmieniam siebie, aby zadowolić innych – rzadko

Mam niskie poczucie wartości – czasami

Czuję, że kieruje mną przymus – często

Piję/zażywam narkotyki częściej, niż powinnam – często

Boję się, że coś może mi się wymknąć spod kontroli – czasami

Ludzie częściej dostrzegają moje fałszywe oblicze – czasami

Mam problemy zdrowotne związane ze stresem – czasami

L.P. Przejawy Intencje Rezultaty

Zmiana dla innych

Jest mi bardzo trudno zdecydować, czym chciałabym się zajmować w przyszłości. Wszystko wydaje mi się zbyt słabe, nieodpowiednie, nie zachwycające innych.

Chciałabym po prostu mieć idealny zawód, który będzie dobry dla mnie, korzystny dla innych ludzi, sprawiający mi przyjemność, dający mi dość dobre pieniądze oraz zadowolenie i docenienie ze strony innych ludzi.

Podejmowałam studia 3 razy, w tym 2 razy rezygnując z kierunku. Teraz udało mi się coś skończyć, jednak dalej nie mam pomysłu co robić dalej. Tak jakbym czekała na czyjąś pochwałę lub naganę, za to co robię. Poprzednie kierunki rzuciłam, bo „ktoś” powiedział, że będą lepsze albo obecny jest zły.

Trudno jest mi odmówić pożyczenia jakiegoś urządzenia, produktu dla mojego współpracownika, gdy nie mam po prostu na to ochoty lub nie mam takiej możliwości.

Nie chcę wdawać się w konflikty albo nieprzyjemne sytuacje. Nie chcę psuć sobie atmosfery w pracy ani wychodzić na egoistkę.

Zaczęłam kombinować z uciekaniem, kładzeniem się wcześniej spać, unikaniem go lub nawet kłamaniem, zamiast powiedzieć prawdę. Po tym wszystkim czułam tylko poczucie winy i obrzydzenie do siebie.

Nie potrafię dbać o swoje sprawy w pracy –nawet gdy szefowa prosi zostać kilka godzin dłużej – robię to.

Nie chcę psuć swojej opinii ani atmosfery w pracy. Ja przecież też czasami ją o coś proszę i pomaga mi. Chcę być dobrym pracownikiem, a poza tym czasami nie mam już siły ani argumentów aby walczyć o swoje.

Jestem sfrustrowana i zła. Udaję, że wszystko mi pasuje a nawet gram przed moimi znajomymi, że taka sytuacja jest normalna. Przekonuję ich do tego, abym sama mogła w to uwierzyć. Tak się boję zareagować oraz liczyć się z efektami odmowy.

Odpowiedzialność za zaspokojenie czyichś potrzeb

Szef kuchni wie, że umiem już więcej, mam więcej doświadczenia i umiejętności, więc zamiast mojej koleżance, przerzuca część pracy na mnie, a ją oszczędza.

Nie chcę się kłócić ani wychodzić na niedobrą koleżankę. Lubię pomagać innym i czuć się potrzebna, ważna.

Dostaję coraz więcej zadań i normalne pochwały, jak moja koleżanka. Moja wypłata wcale się nie zmienia jednak na lepsze. Ja czuję się już czasami sfrustrowana i zniecierpliwiona, przez co trudno jest mi cieszyć się pracą i kontaktami z szefem kuchni. Co więcej – krytykuję ich oboje i rodzą się we mnie urazy.

Spędzałam czas z bratową, mimo że nie zawsze miałam na to czas lub ochotę, jednak czułam pewien obowiązek – bo to w końcu rodzina

Chcę jej pomóc bo wiem, że nie ma żadnych koleżanek ani znajomych. Podejrzewam, że jest jej teraz przykro, gdy zostaje sama w domu, więc w sumie mogę poświęcić jej trochę czasu.

Zaniedbuję przez to naukę, pracę, pisanie programu 12 kroków, pracę na rzecz grup wspólnotowych, spotkania ze znajomymi. Chcę być dla niej dobra, a rezygnuję ze swoich rozrywek i spraw, na których mi bardzo zależy. Ostatecznie czuję się zdenerwowana i niepewna siebie, a jednocześnie łapię do niej urazę i krytykuję ją.

Gdy moja koleżanka ze szkoły dzwoniła abym przyjechała na noc, bo ona ma gorszy humor – przyjeżdżałam, bo bałam się, że może się jej coś stać.

Ona nie ma tutaj nikogo, kto mógłby z nią tak spędzić czas jak ja, a ja przecież mogę się czasami poświęcić i dla niej. Poza tym, zależy mi na jej koleżeństwie i nie chcę, żeby mnie opuściła.

Chcę się dla niej poświęcać, aby dostać od niej w zamian koleżeństwo i pochwałę. Gdy tego nie dostaję, zaczynam ją krytykować, uciekać od niej, unikać albo kłamać. Ostatecznie zerwałam koleżeństwo sama, bo nie potrafiłam jej odmawiać.

Uzależnienie mojego humoru od humoru, zachowania innych Gdy moja szefowa uśmiechała się do mnie od rana i była w dobrym humorze – i ja byłam też w dobrym i czułam się pewnie.

Gdy ma gorszy humor, to na pewno łatwiej jej przychodzi rozdrażnienie jej, więc muszę uważać na to, aby nie popełniać wtedy zbyt wiele błędów, bo może wybuchnąć, więc lepiej abym podjudzała jej dobry humor.

Ciągle zwracałam uwagę na jej humor, zamiast skupić się na swojej pracy. Sprawdzając jej humor i nastrój w końcu trafiłam na gorszy i zostałam faktycznie okrzyczana, tak jak tego się obawiałam.

Kiedy usłyszałam, że ojciec dziecka, którym się opiekowałam, krzyczał na nie, sama wpadłam w strach, że może mi zrobić to samo, co swojemu dziecku.

Przecież kiedy krzyczy na swoje dzieci, to może mu się omsknąć ręka i uderzyć i mnie, bo jestem słabsza od niego.

Bałam się gdy do mnie dzwonił, nie odbierałam telefonów, krytykowałam go i jednocześnie nie miałam zupełnie ochoty chodzić do pracy ze strachu.

Gdy moja koleżanka w pracy nie odzywa się do mnie, jest zdenerwowana, ja od razu podejrzewam, że złości się na mnie, lub obraziła się na mnie i jednocześnie czuję to samo.

Muszę się przecież jakoś bronić, gdy ona ma zły humor, bo ona może wybuchnąć a ja nie zdążę się obronić swoimi emocjami, wiec lepiej jest jak zawczasu trochę się zdenerwuję lub zgromadzę argumenty przeciwko niej.

Nie potrafię skupić się na pracy, ciągle spoglądam na nią, zagaduję, aby dowiedzieć się jaki ma humor. Uzależniam swój humor od jej, zatracając siebie. Pod koniec dnia najczęściej jestem zła na nią i zmęczona udawaniem i mam ochotę spędzić trochę czasu w samotności.

Zachowania, myśli lub odczuwanie w sposób przymusowy Gdy zmarł mój wujek, płakałam na jego pogrzebie mimo że  nie znaliśmy się zbyt dobrze i nie mieliśmy zbyt częstego kontaktu ze sobą. Tak naprawdę cały czas myślałam o tym, że jego syn, który jest 2 lata młodszy ode mnie, będzie musiał od teraz poradzić sobie sam bez ojca i jednocześnie odczuwałam wielki smutek i żal, co by było, gdyby to mój ojciec zmarł. Ale przecież on pił i wciąż czułam do niego złość. Jak to możliwe, że czułam jednak tak wielką rozpacz?

To jest przecież bardzo smutne, gdy dziecko zostaje bez opieki ojca i będzie nagle musiało wydorośleć i zajmować się sobą samo.

Moja mama , która siedziała obok mnie zupełnie nie rozumiała, dlaczego tak rozpaczam. Najgorsze jest to, że ja sama nie potafiłam jej wytłumaczyć. Czułam po prostu przymus płaczu. Zaczęłam sobie później tłumaczyć, że to jest jednak normalne, aby nie pomyśleć, że zwariowałam do końca. Czułam się jednak dziwnie, wiedząc że syn wujka sam nie płakał.

Widząc jak mój brat krzyczał na swojego małego synka czułam przeogromną wściekłość oraz strach, że tego małego może spotkać to samo, co mnie i jego z naszym ojcem. Czułam strach, który pochodził z dzieciństwa przed biciem i krzykiem ojca, a jednocześnie jego perfekcjonizmem i egocentryzmem.

Nie powinien na nie krzyczeć, tylko bardziej otoczyć troską i opieką, bo dziecko przeważnie zachowuje się niepoprawnie, aby skupić na sobie uwagę rodziców, ich miłosć i zagarnąć ich bliskość do siebie.

Wtrącałam się w sprawy mojego brata i bratowej, doradzałam im co mają robić, próbowałam wciskać im rady dotyczące wychowywania dziecka, jakbym sama umiała. Przez to brat bywał na mnie zły, obrażony, a jednocześnie powodowałam konflikty miedzy nim a bratową, bo buntowałam ją i namawiałam do innych zachowań.

Ucząc moją koleżankę w pracy i widząc, że nie robi wszystkiego tak, jak ja bym tego chciała, wpadałam w złość i zdenerwowanie – „Co będzie jak szef przyjdzie i to wszystko zobaczy?”. Wszystko musiało być zrobione tuż przed przyjściem szefa, aby był zaskoczony i zachwycony, że o wszystkim pomyślałyśmy i że ja tak dobrze ją uczę. Tak jak w dzieciństwie, wszystko musiało pasować ojcu, tak aby nie musiał powtarzać 2 razy.

Najlepiej jest jak wykonamy wszystko tak, aby szef nie mógł się do niczego przyczepić. Pochwali nas prawdopodobnie a już na pewno nie wpadnie w złość i nie pobije nas. Lepiej być trochę bardziej zachowawczym i dokładnym.

Gdy szef jednak nie zauważał moich starań, mojego dążenia do perfekcji tylko dla jego pochwał, wpadałam w złość. Gdy znajdował nowe zajęcie dla mnie, o którym nie pomyślałam wcześniej, również wpadałam w złosć i żal, że przecież mnie się należy pochwała za to co już zrobiłam. Krytykowałam go i miałam dosć pracy u niego.

Słowa, które powiedziałam, aby zaprzeczyć faktowi nadużywania alkoholu przez rodzica i jego wpływu na naszą rodzinę On rzeczywiście trochę pije ale nie wydawało mi się aby to było coś strasznego. Wymagał od nas sporo, ale chyba każdy ojciec wymaga?

Każdy dobry ojciec wymaga i chce nauczyć swoje dzieci czegoś dobrego. A on przecież uczył nas dobrych rzeczy, tyle że czasami wydawało mi się, ze nie robi tego tak, jak trzeba. Ale to możliwe, że ja byłam winna.

Czułam się faktycznie winna i niedoskonała. Miałam wrażenie, że nie spełniam jego oczekiwań i nie zasługuję na miłość przez to. Czułam się nie wartościowa i przez to okaleczałam się, objadałam się i działałam na swoją szkodę.

Każdy rodzic popełnia błędy. Wyrządził mi trochę krzywd, ale przecież są ludzie i dzieci, które mają gorzej, bo np. nie mają co jeść albo nie mają w ogóle rodziców.

Powinnam się przecież cieszyć, ze w ogóle  mam rodziców i że dbają o mnie tak, jak umieją. Inne dzieci przecież wychowują się w domu dziecka albo w ogóle na ulicy. Powinnam być szczęśliwa.

Oszukiwałam siebie, oszukiwałam innych, nie spotykałam się ze znajomymi ani nie zapraszałam ich do siebie, aby prawda nie wyszła na jaw. Udawałam, że mam świetnych i wyrozumiałych rodziców.

Byłam przekonana, ze gdy się wyprowadzę albo wyjadę za granicę, to wszystko się zmieni, bo oderwę się od swojego ojca. Niestety nie zmieniało się zupełnie nic, a nawet czułam się gorzej, bo czułam się sama, oderwana od domu. Tak, jakbym w domu miała jakieś oparcie.

Tak powinno przecież być – zaczynam żyć sama, więc wszystko układa się od nowa, super pięknie. Miałam nadzieję, że zapomnę o starym życiu, a nowe rozpocznie się jakby starego nie było.

Wyjechałam z domu kilka razy, kilka razy przeżywałam szok rozstania i trudności w nawiązywaniu relacji. Na wyjazdach brakowało mi rodziców, tak jakbyśmy byli dobrze zżytą rodzinką. Trudności wyniesione z domu wcale nie znikły, lecz ujawniły się bardziej intensywniej. Czułam żal i wielką gorycz, nie dostając pochwał od przełożonych, sądziłam że należy mi się sporo, a za chwilę czułam się bezwartościowa. Nie wiedziałam kim jestem, więc nie umiałam zachowywać się wśród ludzi.

Bo to był test

To wszystko był test: czy jesteś i czy będziesz przy mnie?

Sprawdzam, gdzie i jak patrzysz.

Słucham i porównuję do siebie  Twoje wypowiedziane słowa.

Słucham i ciągle myślę, czy taka jaka jestem, odpowiadam Ci?

Próbując się ulepszać, czekam na Twój zachwyt.

Oczekuję nagany, gdy specjalnie błądzę.

Sprawdzam Cię, czy jesteś przy mnie.

Czy to co robię, jest dla Ciebie ważne?

Czasami chowam się przed Tobą, czekając aż mnie znajdziesz.

Czasami się zamykam, bo chcę przytulenia

Robię się smutna, wołając o pocieszenie.

Sprawdzam Cię.

Sprawdzam Twoje uczucia, zainteresowanie.

Sprawdzam Twoją miłość.

Gdzie jesteś, tato?

Trochę poumartwiania się

Kosmiczny dzień. Masakra. Dzisiaj, jak widzę, było na ostro. Z drugiej strony było też łagodnie.

Nie wiem do końca, co się dziś zadziało. Wiem jedno – nie mam pojęcia, co czuję. To, jaki mix stworzył się we mnie, nie jest w tej chwili dla mnie do ogarnięcia.

Usłyszałam dziś wielokrotnie: „Mogę ci pomóc..”, „Nie musisz sama..”, „To nie twoja wina..”

Czułam przygnębienie, tak, jakby to nie było do mnie. Miałam wrażenie, że ktoś widzi, że jest mi trudno.
Ja zupełnie nie mogę się pogodzić, że sobie nie radzę, że potrzebuję wsparcia, że potrzebuję kogoś.

Czuję się poniżona wtedy, nic nie warta, i tak jak kiedyś, mam ochotę uciec i schować się. Schować się, bo nie wiem co się ze mna dzieje. Udać, że wszystko jest dobrze. Udać i schować się, aby przeżywać sama.

Powtarzam sobie te dzisiejsze zdania w głowie i nie wierzę, no nie wierzę! Moje ciało tego nie przyjmuje, a to boli aż fizycznie.  W moim domu, tato-żołnierz-amator, powtarzał, że trzeba walczyć ze słabościami samemu, trzeba doświadczać trudnych rzeczy, trzeba się zmagać, a jeśli coś mi nie wychodzi…to najwyraźniej źle to zaplanowałam.

Boję się. Naprawdę się dziś rozbiłam. Boję się, gdy jest mi tak trudno. Boję się, że gdy się tak rozwalę, to wyjdzie ze mnie coś, z czym sobie nie poradzę,a  mogę nie mieć nikogo do pomocy, wsparcia, dodania otuchy. Więcej – ja nawet jestem pewna, że nie mogę mieć nikogo.

Jak moje związki/przyjaźnie/relacje mają wyglądać normalnie? Najpierw nie wierzę w istnienie, uczciwość takiej relacji, a jeśli już jest, jakimś cudem, to ogromnie się boję, że sie rozpadnie. Pojawia się zazdrość, podejrzliwość, nieufność.

 

Po dzisiejszym mitingu, miałam takie bardzo silne wrażenie, że jest mi się trudno skoncentrować. Chciałam zająć czymś myśli, zmieniałam temat, trudno było mi zebrać myśli do kupy. Z samego mitingu tez miałam ochotę uciec, jak najszybciej. Mężczyzna obok – powodował, że połowa mojego ciała była praktycznie sparaliżowana. Słyszałam, jak jakiś stary głos mówił mi, że w razie niebezpieczeństwa jestem gotowa do ucieczki.

Ja jestem przerażona. Przerażona ojcem 5-8latka. Nie wiem co zrobić. Najchętniej bym wyszła.

Mam dośc, serio mam dość.

Zamieszanie..

Tak, to jest słowo przewodnie dzisiejszego dnia.

Zaczęło się od jednego wielkiego niepokoju, niepewności, zdenerowania przed wieczornym wyjściem. Podejrzewam jednak, że to nie było zdenerwowanie przed samym spotkaniem, lecz przed tym, że zobaczę się z kimś, komu prawdopodobnie jakoś się podobam. (Tak, niezwykle ciężko mi to przechodzi przez gardło.) Z tego też powodu mój dzień był napakowany wieloma innymi czynnościami, po to aby tego niepokoju nie potęgować. Z drugiej jednak strony nie umiałam sobie z nim inaczej poradzić, więc postanowiłam go zasypać :)

Całe to napięcie „pomógł” mi rozdmuchać mój przyjaciel. Podczas gdy ja chciałam myśleć jak najmniej o tym spotkaniu, on stale mi przypominał, nieco naigrywając się. Może na codzień byłoby to nawet śmieszne. Może nawet i ja pociągnęłabym dalej ten temat w żartach, jednak ta jedna sytuacja była dla mnie w pewnym sensie niezwykła. Tak, zdecydowanie jego zachowanie wywołało większą moją irytację, drażliwość i niecierpliwość. W połączeniu z tak wielkim napięciem mogło to wywołać jedną wielką awanturę, i mówiąc szczerze, tylko czekałam na kim by tu się wyładować. Dzięki Bogu, mój zdrowy rozsądek przyszedł na pomoc… w samą porę :-)

Co do samego spotkania..dawno czegoś takiego nie czułam. Miałam wrażenie, że nie mam żołądka, serca, a moje gardło to jeden wielki głaz. Niewiarygodne, ale w sytuacjach stresowych dość często rozwiązywał mi się język, i mimo że czasami plotłam glupotki, to taki słowotok pomagał mi uwolnić napięcie. Dzisiaj nawet to nie pomogło..

Dość zabawne musiałoby być obserwowanie mojej mowy ciała. Gdyby ta ściana za moimi plecami była przesuwalna, to siedziałabym ze 3m dalej od niego, hehe. Praktycznie cały czas podpierałam swoją twarz, zakładałam ręce, splatałam dłonie, zakładałam nogi na siebie, a jeśli w pobliżu byłby koc to nakryłabym się nim po samą szyję ;-)

Najwięcej jednak napięcia, zdenerwowania wywoływał we mnie każdy dotyk, rozmowa o dotyku, związkach itp. Miałam poczucie, że zamieniam się w sparaliżowany posąg, który może tylko mrugać. Posąg, który nie może uciec, który poddaje się cierpieniom, bez prawa i możliwości do zmiany tego.
Wracając do domu czułam się już swobodniej, lepiej. Cieszę się, że poradziłam sobie. To jest bardzo sympatyczny i przyjemny gość, a to w mojej głowie jest mnóstwo uprzedzeń..Dobrze, że wiem nad czym pracować ale jak mam żyć teraz, w tej chwili ?;-)

W domu czułam się mega wypompowana ze wszystkiego. Nie miałam ani ochoty ani siły na nic. Kurcze, serio mnie wymęczyło to spotkanie. Chyba zażądam odszkodowania.. ;-)
Swoje ‚trzy grosze’ musiał dorzucić mój przyjaciel, jednak przy takich emocjach po całym dniu, czułam tak ogromne zobojętnienie, że aż sama się zdziwiłam.
Z drugiej strony przypomniałam sobie, że nie tak dawno ja zachowywałam się wobec niego bardzo podobnie. Zbyt dobrze znam już ten mechanizm postępowania, więc może dlatego wcale nie chciałam na to reagować. Fakt, jako DDA będę dawała się wkręcać w podobne akcje, ale cieszę się, że już mam wiedzę, która pomaga mi to wyłapać.

A swoją drogą, czy to aby na pewno jest mój przyjaciel, czy to ja chcę, aby nim był? Lojalność DDA jest przecież do granic, nie ludzkich, a nadludzkich możliwości.

Dobranoc.