powrót

Wędrówka po starym domu

Samo wejście do mojego starego domu wiązało się z ogromnym strachem i niepewnością. Nigdy nie wiedziałam, co znajdę za drzwiami. Swoją drogą, zawsze też sądziłam, że drzwi naszego domu są jak ogromne drzwi starego kościoła – ciężko je otworzyć, aby wedrzeć się do środka. Miałam poczucie, że drzwi są granicą naszego świata i świata na zewnątrz, tego lepszego.

Na samą myśl o uczuciach, jakie wiążą się z moim domem odczuwam pustkę, niechęć, niepewność. To prawie tak, jakbym tam była tylko niechcianym gościem.

Najbezpieczniej czułam się chyba we własnym pokoju. Dokładnie znałam każdą plamkę na ścianie, bo tyle czasu w nim spędzałam. Sądziłam, że wieczne przemeblowania uczynią go bardziej przyjemnym. Nie czyniły. Czułam się tam niewygodnie, nieprzyjemnie, samotnie i odcięta od świata. Mówiąc szczerze, to tylko czekałam aż usłyszę zza ściany krzyki i wpadające do mnie niebezpieczeństwo.

Pokój rodziców kojarzy mi się z wielkim lękiem, niepokojem, otchłanią, zimnem, lodem. Wydawał mi się przeogromny, mroczny, niespokojny, zły. Zawsze bałam się chodzić na sam jego koniec, aby zdążyć uciec. Tak, jakby był miejscem, gdzie na pewno przyjdzie niebezpieczeństwo. Serce biło mi tam zawsze o wiele szybciej.

Kuchnia to miejsce przelotów, królestwo mojej mamy. Mogła wyganiać nas stamtąd, gdy tylko tego chciała, gdy coś na ją naszło. Ponad to kłótnie również odbywały sie w kuchni. Wspólne posiłki tez w kuchni. Jakas problematyczna ta kuchnia. Niby wiążąca, ale też i odpychająca. To chyba synonim mojej obecnej definicji „miłości”.

Pokój brata kojarzy mi się z pustką, chłodem. Tak, jakby nigdy tam na stałe nie mieszkał. Jakby tylko tam był „na chwilkę”. Kiedy był starszy, faktycznie bywał tylko na chwilkę.

Łazienka – jedyne miejsce, gdzie mogłam wymusić swoją intymność. Wiedziałam, a raczej miałam sporo pewności, ze nikt nie powinien wpaść do niej. Oczywiście, ta moja nadzieja była kilka razy zachwiana, jednak na szczeście do tej pory zostało mi poczucie, że mam prawo do pewnej intymności.

Obecnie, nawet gdy wyjeżdżam, mam wrażenie, że emocjonalnie jestem przywiązana do mojego domu, szczególnie tego starego. Mam poczucie, że męczy mnie odpowiedzialność, poczucie winy, że wszystkich zostawiam oraz wstyd, że pochodzę z takiego domu. Kilka lat temu odczuwałam brak nadziei, depresję myśląc o domu z jakiego wyrastam.

 

Nigdy nie sądziłam, że alkohol w naszym domu jest czymś złym. Miałam jednak przeczucia, że nasz dom jakoś się różni od innych i jednak nie zapraszałam praktycznie nikogo do siebie. W gimnazjum, mimo że moi znajomi zaczynali próbować alkoholu, ja się go po prostu bałam. Ogromnie dziwiło mnie to, ze w naszym domu panuje dziwnie napięta atmosfera, z niewiadomego dla mnie powodu. Chyba dlatgeo głównie chodziłam tak zmartwiona i zdenerwowana, jako nastolatka.

Już jako 3-latka mówiłam, że nie chcę z nimi mieszkać. Później powtarzam to sobie, lecz w ciszy. Chciałam jak najszybciej zwiać z domu. Od gimnazjum zaczęłam coraz częściej spotykać się z różnymi ludźmi uprawiając sport. Bardzo cieszyło mnie to, kiedy wracałam bardzo późno do domu. Nie widziałam nic co się w nim dzieje. Miałam poczucie ulgi. Po raz pierwszy widziałam, jak dobrze się z tym czuję.

Jeśli chodzi o członków rodziny – największym łącznikiem i mediatorem byłam ja. Zależało mi ogromnie, i chyba dalej tak jest, żeby rodzina trzymała się razem. Dążyłam do tego, aby się nie kłócić tylko w 2 słowach załatwić problem i nigdy do niego nie wracać już. Podejrzewam, że całe moje tamto życie poświęciłam na naprawę tych kontaktów. Nie miałam znajomych, koleżanek, przyjaciół, bo tak bardzo poświęcałam się rodzinie. Sądziłam, ze gdy uda mi sie to naprawić, to dopiero znajdę znajomych. Przyjęłam wtedy postawę uległą, tak jakby miała mi pomóc szybciej zjednać członków rodziny.

Inni ludzie zdecydowanie mogli liczyć na to, że uporządkuję ich sprawy. Nawet jesli nie dawałam sobie rady, to i tak wypruwałam z siebie flaki, aby to zrobić. Sobą nie zajmowałam się praktycznie wcale. Poświęcałam się kompulsywnie nauce. Aby zapomnieć. Odskocznią w pewnym momencie stał się sport. Później internet. Później depresja.

Jeśli chodzi o zabawę, miałam chyba wymyslonych przyjaciół, a raczej kogos z kim rozmawiałam.Sporo czasu spędzałam też z bratem. W szkole podstawowej mówiono, że potrafię malować, tworzyć a jednocześnie dobrze się uczę i radzę sobie bardzo dobrze z matematyką. Wtedy byłam najlepsza w klasie! Moim hobby było lepienie z plasteliny, składanie origami. Uwielbiałam to.

Moralność. To słowo dośc trudno mi związać z moją rodziną. Mam poczucie, że to słowo tam nie istniało po prostu. Ja miałam ciągłe poczucie niesprawiedliwości. Albo ja byłam traktowana niesprawiedliwie, albo mój brat. Pamiętam swoje ogromne zdziwienie, kiedy zrzuciłam winę z siebie na brata a rodzice po prostu go zaczęli bić. To było dla mnie niewiarygodne, dlaczego tego nie sprawdzili? Dlaczego jego nie zapytali o to? Miałam poczucie, że jesteśmy kochani, ale od „wielkiego dzwonu”.  Mam tez wrażenie, ze w naszym domu mówiło się o szanowaniu innych, pomaganiu, byciu miłym, jednak przykładów praktycznych w moim domu znaleźć się nie dało. Czułam wewnętrzny sprzeciw, jednak ze strachu, wolałam tak postępować na zewnatrz. Być po prostu uległa.