współuzależnienie

„Nie przestaniesz być współuzależnionym, jeśli próbujesz wywrzeć na kimś wrażenie.”

Odkrywając motywy moich współuzależnieniowych zachowań nie byłam zachwycona. Nie jest to coś, czym chętnie bym się pochwaliła. Czuję strach, niepewność, obawę, zaciekawienie, zainteresowanie, smutek, żal. Nie jestem pewna, czy uda mi się to rozwiązać, jednak z drugiej strony to chyba dobrze, że dowiaduję się o tym teraz już. Myślę, że gorzej by mi się żyło, idąc w zaparte, że „bardzo lubię pomagać innym” lub „taka już ze mnie perfekcjonistka”. Teraz po prostu wiem, że zabiegam o pochwałę, jestem współuzależniona od zachowań i humoru innych oraz rezygnuję z siebie, na rzecz przyjaźni i akceptacji ze strony ludzi.

W mojej głowie naturalnie, że pojawiły się argumenty, które broniły, racjonalizowały lub minimalizowały te zachowania:

  • Ja taka już jestem
  • Wyrosłam w takim domu i tego nie da się już zmienić
  • Czy ja muszę być idealna? Mam swoje dziwne zachowania
  • Lubię dokładnie wykonaną pracę
  • Skoro pracuję dla kogoś, to ten ktoś musi być zadowolony
  • Rodzinie trzeba się poświęcać
  • Koleżeństwo wymaga poświęceń
  • Nie mogę być egoistką
  • Inni mają gorzej

Zauważając rozbieżności między intencjami a rezultatami moich zachowań czułam smutek, złość, żal, bezsilność, współczucie do siebie, rozczarowanie. Zastanawiałam się, jak to możliwe, ze wcześniej sama tego nie zauważyłam? Pomyślałam też, że było to strasznie głupie a jednocześnie współczułam sobie, że wkładałam tyle wysiłku w zachowania, które i tak przynosiły odwrotny skutek, a ja nie widziałam tego, a przez to nie umiałam tego zmienić…

Aby zauważyć uczciwie prawdziwe rezultaty musiałam się jednak nieco przemóc. Myśli racjonalizujące powracały z nowszymi argumentami. Odrzucało mnie od tego oraz pojawiały się myśli : „To nie może być przecież prawda”. Co chwilę chciałam odrzucić to ćwiczenie albo zrezygnować z niego. Co chwilę myślałam, że ja przecież nie mam pojęcia o co tu chodzi ani o czym mam napisać. Tak, było mi trudno zauważyć prawdę, która pewnie była widoczna dla innych.

Pewnie, że krytykowałam siebie za współuzależnienie. Nawet w tej chwili czuję się zaskoczona, że mogłabym siebie nie krytykować za to. Czuję się winna. Ja czuję się winna, że nauczyłam się zachowań współuzależnieniowych. Zupełnie nie staram się siebie zrozumieć – przeciwnie – oceniam siebie i przygniatam za używanie tych zachowań. Cały czas sądzę, że ja jestem po prostu jakaś chora, ze względu na stosowanie tych zachowań uzależnieniowych. A przecież – taka jest prawda – że nauczyłam się je stosować, aby jakoś przeżyć w moim alkoholowym domu, żeby jakoś przeżyć przy alkoholiku 20 lat, żeby móc prowadzić normalne życie towarzyskie, mając w domu alkoholowe szaleństwo, żeby dojrzewać w znośnych warunkach, unikając relacji z alkoholikiem.

Współuzależnienie? To niemożliwe!

Oznaki współuzależnienia:

Jestem dumna ze swojej samokontroli – często

Poczucie własnej wartości opieram na tym, czy inni chcą się ze mną kontaktować – często

Czuję się odpowiedzialna za zaspokajanie potrzeb innych, nawet kosztem swoich – często

Mam tendencję do zaprzeczania swoim uczuciom, pragnieniom – czasami

Boję się, że inni mnie opuszczą – zazwyczaj

Zmieniam siebie, aby zadowolić innych – rzadko

Mam niskie poczucie wartości – czasami

Czuję, że kieruje mną przymus – często

Piję/zażywam narkotyki częściej, niż powinnam – często

Boję się, że coś może mi się wymknąć spod kontroli – czasami

Ludzie częściej dostrzegają moje fałszywe oblicze – czasami

Mam problemy zdrowotne związane ze stresem – czasami

L.P. Przejawy Intencje Rezultaty

Zmiana dla innych

Jest mi bardzo trudno zdecydować, czym chciałabym się zajmować w przyszłości. Wszystko wydaje mi się zbyt słabe, nieodpowiednie, nie zachwycające innych.

Chciałabym po prostu mieć idealny zawód, który będzie dobry dla mnie, korzystny dla innych ludzi, sprawiający mi przyjemność, dający mi dość dobre pieniądze oraz zadowolenie i docenienie ze strony innych ludzi.

Podejmowałam studia 3 razy, w tym 2 razy rezygnując z kierunku. Teraz udało mi się coś skończyć, jednak dalej nie mam pomysłu co robić dalej. Tak jakbym czekała na czyjąś pochwałę lub naganę, za to co robię. Poprzednie kierunki rzuciłam, bo „ktoś” powiedział, że będą lepsze albo obecny jest zły.

Trudno jest mi odmówić pożyczenia jakiegoś urządzenia, produktu dla mojego współpracownika, gdy nie mam po prostu na to ochoty lub nie mam takiej możliwości.

Nie chcę wdawać się w konflikty albo nieprzyjemne sytuacje. Nie chcę psuć sobie atmosfery w pracy ani wychodzić na egoistkę.

Zaczęłam kombinować z uciekaniem, kładzeniem się wcześniej spać, unikaniem go lub nawet kłamaniem, zamiast powiedzieć prawdę. Po tym wszystkim czułam tylko poczucie winy i obrzydzenie do siebie.

Nie potrafię dbać o swoje sprawy w pracy –nawet gdy szefowa prosi zostać kilka godzin dłużej – robię to.

Nie chcę psuć swojej opinii ani atmosfery w pracy. Ja przecież też czasami ją o coś proszę i pomaga mi. Chcę być dobrym pracownikiem, a poza tym czasami nie mam już siły ani argumentów aby walczyć o swoje.

Jestem sfrustrowana i zła. Udaję, że wszystko mi pasuje a nawet gram przed moimi znajomymi, że taka sytuacja jest normalna. Przekonuję ich do tego, abym sama mogła w to uwierzyć. Tak się boję zareagować oraz liczyć się z efektami odmowy.

Odpowiedzialność za zaspokojenie czyichś potrzeb

Szef kuchni wie, że umiem już więcej, mam więcej doświadczenia i umiejętności, więc zamiast mojej koleżance, przerzuca część pracy na mnie, a ją oszczędza.

Nie chcę się kłócić ani wychodzić na niedobrą koleżankę. Lubię pomagać innym i czuć się potrzebna, ważna.

Dostaję coraz więcej zadań i normalne pochwały, jak moja koleżanka. Moja wypłata wcale się nie zmienia jednak na lepsze. Ja czuję się już czasami sfrustrowana i zniecierpliwiona, przez co trudno jest mi cieszyć się pracą i kontaktami z szefem kuchni. Co więcej – krytykuję ich oboje i rodzą się we mnie urazy.

Spędzałam czas z bratową, mimo że nie zawsze miałam na to czas lub ochotę, jednak czułam pewien obowiązek – bo to w końcu rodzina

Chcę jej pomóc bo wiem, że nie ma żadnych koleżanek ani znajomych. Podejrzewam, że jest jej teraz przykro, gdy zostaje sama w domu, więc w sumie mogę poświęcić jej trochę czasu.

Zaniedbuję przez to naukę, pracę, pisanie programu 12 kroków, pracę na rzecz grup wspólnotowych, spotkania ze znajomymi. Chcę być dla niej dobra, a rezygnuję ze swoich rozrywek i spraw, na których mi bardzo zależy. Ostatecznie czuję się zdenerwowana i niepewna siebie, a jednocześnie łapię do niej urazę i krytykuję ją.

Gdy moja koleżanka ze szkoły dzwoniła abym przyjechała na noc, bo ona ma gorszy humor – przyjeżdżałam, bo bałam się, że może się jej coś stać.

Ona nie ma tutaj nikogo, kto mógłby z nią tak spędzić czas jak ja, a ja przecież mogę się czasami poświęcić i dla niej. Poza tym, zależy mi na jej koleżeństwie i nie chcę, żeby mnie opuściła.

Chcę się dla niej poświęcać, aby dostać od niej w zamian koleżeństwo i pochwałę. Gdy tego nie dostaję, zaczynam ją krytykować, uciekać od niej, unikać albo kłamać. Ostatecznie zerwałam koleżeństwo sama, bo nie potrafiłam jej odmawiać.

Uzależnienie mojego humoru od humoru, zachowania innych Gdy moja szefowa uśmiechała się do mnie od rana i była w dobrym humorze – i ja byłam też w dobrym i czułam się pewnie.

Gdy ma gorszy humor, to na pewno łatwiej jej przychodzi rozdrażnienie jej, więc muszę uważać na to, aby nie popełniać wtedy zbyt wiele błędów, bo może wybuchnąć, więc lepiej abym podjudzała jej dobry humor.

Ciągle zwracałam uwagę na jej humor, zamiast skupić się na swojej pracy. Sprawdzając jej humor i nastrój w końcu trafiłam na gorszy i zostałam faktycznie okrzyczana, tak jak tego się obawiałam.

Kiedy usłyszałam, że ojciec dziecka, którym się opiekowałam, krzyczał na nie, sama wpadłam w strach, że może mi zrobić to samo, co swojemu dziecku.

Przecież kiedy krzyczy na swoje dzieci, to może mu się omsknąć ręka i uderzyć i mnie, bo jestem słabsza od niego.

Bałam się gdy do mnie dzwonił, nie odbierałam telefonów, krytykowałam go i jednocześnie nie miałam zupełnie ochoty chodzić do pracy ze strachu.

Gdy moja koleżanka w pracy nie odzywa się do mnie, jest zdenerwowana, ja od razu podejrzewam, że złości się na mnie, lub obraziła się na mnie i jednocześnie czuję to samo.

Muszę się przecież jakoś bronić, gdy ona ma zły humor, bo ona może wybuchnąć a ja nie zdążę się obronić swoimi emocjami, wiec lepiej jest jak zawczasu trochę się zdenerwuję lub zgromadzę argumenty przeciwko niej.

Nie potrafię skupić się na pracy, ciągle spoglądam na nią, zagaduję, aby dowiedzieć się jaki ma humor. Uzależniam swój humor od jej, zatracając siebie. Pod koniec dnia najczęściej jestem zła na nią i zmęczona udawaniem i mam ochotę spędzić trochę czasu w samotności.

Zachowania, myśli lub odczuwanie w sposób przymusowy Gdy zmarł mój wujek, płakałam na jego pogrzebie mimo że  nie znaliśmy się zbyt dobrze i nie mieliśmy zbyt częstego kontaktu ze sobą. Tak naprawdę cały czas myślałam o tym, że jego syn, który jest 2 lata młodszy ode mnie, będzie musiał od teraz poradzić sobie sam bez ojca i jednocześnie odczuwałam wielki smutek i żal, co by było, gdyby to mój ojciec zmarł. Ale przecież on pił i wciąż czułam do niego złość. Jak to możliwe, że czułam jednak tak wielką rozpacz?

To jest przecież bardzo smutne, gdy dziecko zostaje bez opieki ojca i będzie nagle musiało wydorośleć i zajmować się sobą samo.

Moja mama , która siedziała obok mnie zupełnie nie rozumiała, dlaczego tak rozpaczam. Najgorsze jest to, że ja sama nie potafiłam jej wytłumaczyć. Czułam po prostu przymus płaczu. Zaczęłam sobie później tłumaczyć, że to jest jednak normalne, aby nie pomyśleć, że zwariowałam do końca. Czułam się jednak dziwnie, wiedząc że syn wujka sam nie płakał.

Widząc jak mój brat krzyczał na swojego małego synka czułam przeogromną wściekłość oraz strach, że tego małego może spotkać to samo, co mnie i jego z naszym ojcem. Czułam strach, który pochodził z dzieciństwa przed biciem i krzykiem ojca, a jednocześnie jego perfekcjonizmem i egocentryzmem.

Nie powinien na nie krzyczeć, tylko bardziej otoczyć troską i opieką, bo dziecko przeważnie zachowuje się niepoprawnie, aby skupić na sobie uwagę rodziców, ich miłosć i zagarnąć ich bliskość do siebie.

Wtrącałam się w sprawy mojego brata i bratowej, doradzałam im co mają robić, próbowałam wciskać im rady dotyczące wychowywania dziecka, jakbym sama umiała. Przez to brat bywał na mnie zły, obrażony, a jednocześnie powodowałam konflikty miedzy nim a bratową, bo buntowałam ją i namawiałam do innych zachowań.

Ucząc moją koleżankę w pracy i widząc, że nie robi wszystkiego tak, jak ja bym tego chciała, wpadałam w złość i zdenerwowanie – „Co będzie jak szef przyjdzie i to wszystko zobaczy?”. Wszystko musiało być zrobione tuż przed przyjściem szefa, aby był zaskoczony i zachwycony, że o wszystkim pomyślałyśmy i że ja tak dobrze ją uczę. Tak jak w dzieciństwie, wszystko musiało pasować ojcu, tak aby nie musiał powtarzać 2 razy.

Najlepiej jest jak wykonamy wszystko tak, aby szef nie mógł się do niczego przyczepić. Pochwali nas prawdopodobnie a już na pewno nie wpadnie w złość i nie pobije nas. Lepiej być trochę bardziej zachowawczym i dokładnym.

Gdy szef jednak nie zauważał moich starań, mojego dążenia do perfekcji tylko dla jego pochwał, wpadałam w złość. Gdy znajdował nowe zajęcie dla mnie, o którym nie pomyślałam wcześniej, również wpadałam w złosć i żal, że przecież mnie się należy pochwała za to co już zrobiłam. Krytykowałam go i miałam dosć pracy u niego.

Słowa, które powiedziałam, aby zaprzeczyć faktowi nadużywania alkoholu przez rodzica i jego wpływu na naszą rodzinę On rzeczywiście trochę pije ale nie wydawało mi się aby to było coś strasznego. Wymagał od nas sporo, ale chyba każdy ojciec wymaga?

Każdy dobry ojciec wymaga i chce nauczyć swoje dzieci czegoś dobrego. A on przecież uczył nas dobrych rzeczy, tyle że czasami wydawało mi się, ze nie robi tego tak, jak trzeba. Ale to możliwe, że ja byłam winna.

Czułam się faktycznie winna i niedoskonała. Miałam wrażenie, że nie spełniam jego oczekiwań i nie zasługuję na miłość przez to. Czułam się nie wartościowa i przez to okaleczałam się, objadałam się i działałam na swoją szkodę.

Każdy rodzic popełnia błędy. Wyrządził mi trochę krzywd, ale przecież są ludzie i dzieci, które mają gorzej, bo np. nie mają co jeść albo nie mają w ogóle rodziców.

Powinnam się przecież cieszyć, ze w ogóle  mam rodziców i że dbają o mnie tak, jak umieją. Inne dzieci przecież wychowują się w domu dziecka albo w ogóle na ulicy. Powinnam być szczęśliwa.

Oszukiwałam siebie, oszukiwałam innych, nie spotykałam się ze znajomymi ani nie zapraszałam ich do siebie, aby prawda nie wyszła na jaw. Udawałam, że mam świetnych i wyrozumiałych rodziców.

Byłam przekonana, ze gdy się wyprowadzę albo wyjadę za granicę, to wszystko się zmieni, bo oderwę się od swojego ojca. Niestety nie zmieniało się zupełnie nic, a nawet czułam się gorzej, bo czułam się sama, oderwana od domu. Tak, jakbym w domu miała jakieś oparcie.

Tak powinno przecież być – zaczynam żyć sama, więc wszystko układa się od nowa, super pięknie. Miałam nadzieję, że zapomnę o starym życiu, a nowe rozpocznie się jakby starego nie było.

Wyjechałam z domu kilka razy, kilka razy przeżywałam szok rozstania i trudności w nawiązywaniu relacji. Na wyjazdach brakowało mi rodziców, tak jakbyśmy byli dobrze zżytą rodzinką. Trudności wyniesione z domu wcale nie znikły, lecz ujawniły się bardziej intensywniej. Czułam żal i wielką gorycz, nie dostając pochwał od przełożonych, sądziłam że należy mi się sporo, a za chwilę czułam się bezwartościowa. Nie wiedziałam kim jestem, więc nie umiałam zachowywać się wśród ludzi.